Ciągle szukam, a zarazem bronię się przed odkryciem, na dobrej jawie przedłużam sen, na złej obijam się wśród powidoków wspomnień, odpędzam złowrogie, złowieszcze Zmory, gdzie dobra jawa to przedłużenie snu, ziszczenie marzenia i tęsknoty, zła jawa to bezsenna trwoga i gdyby tylko ona i nic więcej, to nie warto by żyć…

Szukam własnego rytmu, równowagi, względnego spokoju, istotnych treści, jakbym, nie ruszając się z miejsca, pragnął zawędrować chore urojenia, zawędrować swoją melancholię, jakbym chciał się wreszcie wymknąć, wyrwać wydłużającym się niepostrzeżenie cieniom, zobaczyć coś poza odosobnionymi światełkami w otchłani własnej niewiedzy, zamienić się w oddech ciszy, wyłuskać możliwość, a z niej kolejne możliwości.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie potrafię zatrzymać własnego przeznaczenia, w którym każdy wybór jest początkiem i końcem, choć ten koniec nie przychodzi tak od razu. Do końca życia nieraz się ciągnie. Jak zatęchła, niepotrzebna myśl.