Ach, nie mogłam się doczekać kolejnego wpisu z tego cyklu… Jakby nie było – porzuciłam bieganie we wrześniu jak tylko trochę się ochłodziło i planowałam powrócić do tego dopiero wiosną. Bałam się przeziębienia, miałam taki czas, że musiałam ograniczyć wydatki, więc nie mogłam zainwestować w specjalną odzież do biegania zimą itd. Powodów aby zrobić sobie przerwę znalazłam więcej.

Ostatnio jednak przyłapałam się na tym, że z zazdrością patrzyłam na innych biegających. I na tym, że patrząc na piękną pogodę za oknem myślałam sobie – „pobiegałabym, brakuje mi tego”.

Na zazdroszczeniu i myśleniu jednak się kończyło, aż do jednego spotkania z kolegą, który nic sobie nie robi z panującej w kalendarzu pory roku ;) . Poczułam przypływ motywacji, wróciłam ze spotkania, rozgrzałam się, ubrałam (prawie) odpowiednio (o tym za chwilę) i po prostu poszłam. Spodziewałam się, że po takiej przerwie znowu będę w stanie przebiec co najwyżej przez 2 minuty ;) . Na szczęście nie było tak fatalnie, choć oczywiście 30 minut ciągłego biegu znowu jest poza moim zasięgiem ;) ale niewiele mi brakuje, więc szybko to nadrobię.

Więc jakie to ja miałam wymówki?

Nie mam co na siebie włożyć…

Pewnie, że super jest mieć cały ekwipunek biegacza na każdą porę roku, ale jeśli dla mnie nie jest to „sport nr 1″ to nie widzę powodu aby w niego tak mocno inwestować. Za pierwszym razem założyłam całą bieliznę termoaktywną – długą koszulkę i leginsy, a na to jeszcze normalne ubranie (bluza + spodnie dresowe) i szczerze mówiąc było mi za gorąco. Później zrezygnowałam z „kalesonów” ;) pod spodniami, zakładałam już tylko zwykłe, lekko ocieplane leginsy, a na górę koszulkę termoaktywną (z długim rękawem) i bluzę. Nie mam kurtki, która nadawałaby się do biegania.

Tagi: sport, zdrowie, bieganie zimą, odzież termoaktywna.