Życie wcale nie jest proste. Każdy z nas natrafia na różne przeszkody i trudności. Materialne, społeczne, relacyjne, duchowe, psychologiczne. Gdy do tego wszystkiego dołożymy pęd do doskonalenia się, do więcej, bardziej, lepiej, robi się jeszcze gorzej. Nasi wewnętrzni Krytycy rosną w siłę, zasilani wymaganiami z zewnątrz. Jak znaleźć równowagę? Jak rosnąć nie dołując się, gdy coś nie wyjdzie, jak rozwijać swoje umiejętności, nie wpędzając się w depresję, że wciąż za mało i za słabo?

Zarówno praktyka jak i lawinowo rosnąca ilość badań wskazują, że remedium jest kultywacja współczucia wobec samego siebie. Bardzo często, gdy proponuję tego rodzaju podejście do samego siebie moim klientom, myślą, że zachęcam ich do usprawiedliwiania się, pobłażania sobie czy wręcz leniwego odpuszczania. Jednak współczucie wobec samego siebie ma niewiele wspólnego z wymienionymi postawami. Ułatwia wręcz i pomaga pokonać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody.

Self-compassion wchodzi na teren psychologii przede wszystkim za sprawą tak zwanej trzeciej fali psychoterapii poznawczo-behawioralnej, która pełnymi garściami czerpie ze wschodnich filozofii – buddyzmu przede wszystkim. Self-compassion staje się coraz popularniejszym pojęciem obok mindfulness, a popularność na przekłada się na badania kliniczne i eksperymenty. Zobaczmy więc czym jest, a czym nie jest współczucie wobec samego siebie, jak i dlaczego warto je praktykować.
Wyobraź sobie, że mierzysz się z jakimś problemem, a Twój serdeczny przyjaciel jest przy Tobie, gdy coś Ci nie wyjdzie nie ocenia Cie, ani nie krytykuje, a zachęca do dalszego działania, jest pełen zrozumienia dla tego, co przeżywasz i jest podporą w trudnych momentach. A teraz wyobraź sobie, że możesz dla samego siebie być takim przyjacielem.