Każda podróż powinna zrodzić pytanie po co, nawet ta najbanalniejsza. Postawić pytanie o wybór, o możliwość, o granice własnego poznania. Powinna, choć na moment, schwytać uwolnione marzenia i pomóc, choćby iluzorycznie, przestać za nimi tęsknić.

„Podróżować i czuć się zawsze, jednocześnie w nieznanym i w domu, wiedząc wszakże, że nie mamy domu. Ten, kto podróżuje, jest zawsze włóczęgą, obcym, gościem. Pojmuje, że nie można nigdy naprawdę posiadać domu, przestrzeni wykrojonej w nieskończoności wszechświata, lecz tylko przebywać w nim przez jakiś czas. Nie bez powodu podróż jest przede wszystkim powrotem” C. Margis

Czytam Emila, czyli o wychowaniu i zastanawiam się, dokąd wracał Rousseau ze swoich samotnych wędrówek, a właściwie w którą stronę podróżował, pragnąc wolności od społecznych uwikłań, obywatelskich quasi-obowiązków, ograniczających go oczekiwań, zagłębiając się coraz mocniej w swój urojony świat, pobudzony poprzez ruch umysłu.

„Wychodzisz, kiedy trzeba, a zatrzymujesz się według swej woli. Chcesz – idziesz dużo, nie chcesz – idziesz mało. Oglądasz wszystko, co Cię kusi. Wszędzie, gdzie ci się podoba, robisz postój. Jak tylko znudzisz się, od razu idziesz dalej. Nie jesteś w zależności ani od koni, ani od furmana. Nie masz potrzeby wybierać dobrze utrzymanych dróg. Przejdziesz wszędzie, gdzie tylko człowiek potrafi przejść. I zależąc tylko od siebie cieszysz się całą wolnością, jaką człowiek może się cieszyć!” Rousseau