Czekam. Dostatecznie długo, aby stracić resztki cierpliwości. Nie potrafię zachować spokoju, w momencie gdy już dawno powinnam być po drugiej stronie bramy, a teraz nawet nie mam pewności, czy ją przekroczę. Godzina w której miałam to uczynić bezpowrotnie przeminęła. Nie wiem, czy pan bileter konsekwentnie przestrzega wyznaczonego czasu. Jednak to jedna z tych rzeczy, o których wolałabym, nie przekonywać się osobiście. Biorąc pod uwagę wydarzenia sprzed kilkunastu minut jestem w stanie spodziewać się dosłownie wszystkiego.

Wejściówka opłacona dużo wcześniej, numer rezerwacji zapisany na kartce, którą kurczowo ściskam w dłoni. Jestem przekonana, że to gwarantuje mi wstęp. Tymczasem zostaję poproszona o pokazanie karty, którą była dokonywana płatność. Niestety nie mogę tego uczynić. Nie nawykam do noszenia rzeczy, których nie jestem właścicielką. Opcja druga: mogę jedynie podać jej numer. Hura, świetna alternatywa, bo przecież moim hobby jest uczenie się długaśnych rzędów cyfr. Skończyło się telefonem do Polski. Całe szczęście, w końcu za trzecim razem właściciel małego, plastikowego przedmiotu zdecydował się odebrać połączenie.

Pokonałam pierwszą przeszkodę, następna to dostanie się na teren najważniejszego zabytku (tego z wyznaczoną konkretną godziną wejścia, która w moim przypadku należała już do przeszłości i z każdą minutą coraz bardziej się w nią zatapiała). Pozostało mi jedynie bezrefleksyjne poruszanie się w rytmie wyznaczanym przez oczekujący tłum.

Gdyby ktoś wymyślił konkurencję na wolne pokonywanie danej odległości, jako grupa mielibyśmy szansę stanąć na podium. Tymczasem wszyscy oczekiwaliśmy innej nagrody: przekroczenia wrót do świata, który miał nas przenieść do rzeczywistości niczym z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy.

kreatywnieoswiecie.pl

kreatywnieoswiecie.pl

Tagi: Andaluzja, Granada, Hiszpania, Pałac Karola V, Pałac Nasrydów Permalink.