Ile razy zda­rzyło ci się tak pomy­śleć? Ile razy oka­zało się ide­al­nym uspra­wie­dli­wie­niem wła­snej porażki albo błędu? Ile razy zda­rzało ci się prze­ko­ny­wać drugą osobę, że jesteś ucie­le­śnie­niem zła i to nawet dobrze, że nie będzie miała z tobą nic wspól­nego? A na koniec zda­rzyło się jesz­cze uro­nić łezkę nad swym mar­nym losem i bra­kiem współ­czu­cia ze strony osoby, którą wła­śnie zda­rzyło ci się skrzywdzić?

Jeśli twoja odpo­wiedź na każde z tych pytań brzmi „nigdy” to praw­do­po­dob­nie ten tekst nie jest o tobie. A jest o tym jak nie­któ­rzy ze stra­chu przed zmia­nami cele­brują wła­sną mar­ność… co samo w sobie świad­czy o ich mar­no­ści, nie to co wła­ści­wie robią czy myślą.

Czy to nie jest roz­wią­za­nie ide­alne? Wyczysz­cze­nie wła­snego sumie­nia, budząc w kimś nega­tywne emo­cje albo wręcz współ­czu­cie? Bo wydaje mi się, że takie osoby w pew­nym momen­cie płyn­nie prze­cho­dzą z roli zła wcie­lo­nego, w rolę ofiary i cza­sem chyba same zaczy­nają w to wszystko wie­rzyć. W końcu tak jest znacz­nie prościej.