Zacznę może od wygłoszenia trochę kontrowersyjnej tezy – zaliczam się do ludzi, których życie jest pasmem sukcesów. I tu być może część osób pomyśli, że mówię o jakichś sukcesach w życiu zawodowym, które wyniosły mnie na szczyt i robię karierę jako pani dyrektor w korporacji albo inna businesswoman. Nic z tych rzeczy.

Choć akurat na brak sukcesów również w życiu zawodowym nie mogę narzekać. Tylko zaraz zaraz… To co dla mnie jest sukcesem, dla innych może być zwykłą koleją rzeczy, bo przecież w życiu zawodowym to normalne, że idzie się do przodu, awansuje, uczy nowych rzeczy, dostaje coraz trudniejsze i poważniejsze zadania… Ale moim zdaniem to nie jest normalne. Po świecie chodzi mnóstwo ludzi, którzy stoją w miejscu i którym jest z tym dobrze. Nie odnoszą sukcesów w życiu zawodowym bo im na nich nie zależy, są na nie zbyt leniwi czy po prostu im nie wychodzi. Ja się do tych ludzi nie zaliczam, rozwój jest w pracy moim priorytetem, a rok bez awansu powoduje u mnie frustrację.

Chciałabym postawić kolejną tezę – nasz sukces zależy wyłącznie od tego, jak my go sobie zdefiniujemy. Niektórzy ludzie oczekują od siebie rzeczy wielkich. Zdobycia świetnie płatnej pracy czy na przykład nauczenia się czegoś trudnego w bardzo szybkim tempie. I tylko osiągnięcie takiego celu potrafią nazwać sukcesem. I właśnie tu moim zdaniem tkwi ich problem. Brak sukcesów (w ich mniemaniu) powoduje frustrację i podupada im wiara w siebie. A przecież sukces można odnosić na milion różnych sposobów.

Dla mnie to był świetny tydzień! Wydłużyłam ilość biegu podczas treningu, nauczyłam psa podawać łapkę, zrobiłam kilka fajnych rzeczy w pracy. A wszystko to jest dla mnie sukcesem, bo te rzeczy nie przyszły mi łatwo – bo mam fatalną kondycję, bo mojego psa trudno czegoś nauczyć, bo jeszcze tydzień temu o tej porze pogrążona byłam w swoim wypaleniu zawodowym.

I tu dochodzę do sedna tego, co chcę przekazać.

Tagi: sukces, rozwój osobisty, wyzwania, samozadowolenie.