Pamiętacie sympatycznego Forresta Gumpa, którego życie było pasmem mimowolnych sukcesów? Bardzo lubię ten film, z jego ocierającymi się o banał mądrościami typu „życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi”.

Jednym z epizodów w filmie jest bieganie.
„Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta. A kiedy tam dotarłem, pomyślałem sobie, że przebiegnę przez hrabstwo Greenbow. A skoro dotarłem aż tak daleko, dlaczego miałbym nie przebiec przez cały stan Alabama? Tak właśnie zrobiłem. Przebiegłem przez Alabamę. Bez żadnego powodu. Po prostu biegłem dalej. Dobiegłem do oceanu. Pomyślałem, że skoro przebiegłem taki szmat drogi, to równie dobrze mógłbym zawrócić i biec dalej. Kiedy dotarłem do drugiego oceanu pomyślałem, że skoro jestem aż tutaj, to mógłbym równie dobrze zawrócić i biec z powrotem. Kiedy się zmęczyłem, szedłem spać. Kiedy zgłodniałem, jadłem. Kiedy musiałem pójść do… no wie pani… to szedłem.”

Wkrótce do Forresta dołączyła grupa biegaczy-naśladowców, którzy doszukują się w tej prostej, niemal czysto fizjologicznej, czynności jakiejś głębszej i ukrytej filozofii życiowej. To dobra satyra na wszelkiego rodzaju masowe ruchy. Czy minimalizm lub voluntary simplicity jest jednym z nich? Trochę tak. Nieskomplikowany, wynikający z materialnych ograniczeń, oparty na zdrowym rozsądku styl życia stał się tematem telewizji śniadaniowej, artykułów w poczytnych magazynach, doczekał się naukowych analiz, poradników, liderów i sporego grona wyznawców.