Chciałabym poświęcić dzisiejszy wpis czemuś bardzo dla mnie ważnemu, czemuś czego wszyscy czasami potrzebujemy, czemuś, co jest nam wręcz niezbędne do normalnego funkcjonowania… Restartowi. To taki stan umysłu, kiedy na chwilę przestaje się myśleć o swojej codzienności, o sprawach do załatwienia, o obowiązkach. Jakby ktoś nas na chwilę wyłączył, a potem włączył od nowa i jakby po tym chwilowym wyłączeniu nasz umysł się oczyścił.

Każdy człowiek powinien mieć swój sposób na restart. Ja przez jakiś czas zapomniałam co jest mi potrzebne do osiągnięcia tego stanu. Ale przypomniałam sobie w ten weekend i recepta na taki całkowity relaks okazała się banalna. Natura.

Olśniło mnie kiedy zmęczona po grze w badmintona (jakoś nie mogę się przekonać do nazwy “kometka” ;) ) położyłam się na “gołej” trawie, w cieniu drzew… Oddychałam głęboko wdychając zapach lasu, patrzyłam na błękitne niebo gdzieniegdzie pokryte chmurkami… I poczułam się jak wieki temu na wakacjach u babci i dziadka na wsi.