Trafiłam do raju. Dla mnie Tulum to jedno z najcudowniejszych miejsc na świecie z najpiękniejszą plażą. Do Tulum zajechaliśmy wieczorem. Okazało się, że w ośrodku Zazil Kin, w którym chcieliśmy nocować nie było już wolnych chatek. Ośrodek obok nie był już tak urokliwy.

Znajdujące się tam bambusowe chatki nazwałabym raczej chatami. Były brzydkie, nie było w nich prądu i trzeba było wieczorem palić świece, a o naładowaniu baterii od aparatu można było zapomnieć. Postanowiłyśmy spędzić pierwszą noc w hotelu Zazik Kin. Następnego dnia miała się zwolnić jedna chatka. Dostałyśmy śliczną niebieską z zewnątrz bambusową chatkę z niebieskimi drzwiami. W środku była pomalowana na niebiesko. Znajdowały się w niej dwa biało-niebieskie „łóżka”, na których leżały materace z moskitierami, drewniane krzesła i taka półeczka.

Chateczki były małe, ale przeurocze. Nie miały numerów, tylko imiona. Nasza nazywała się Catemaco i była położona trzy kroki od morza. Toalety i prysznice były na zewnątrz. Niestety nie było ciepłej wody, a jej natężenie pod prysznicem też pozostawiało wiele do życzenia, ale i tak było fajnie.

Także sam ośrodek był uroczy. Chodziło się po piasku wśród palm. Była restauracja i bar nocny. DJ grał na zewnątrz i można było sobie siąść na drewnianym fotelu lub kanapie przy jednym ze stolików.