Wyspa Sao Miguel nie ma tak wielu fantastycznych tras trekkingowych jak Madera. Nie ma też tylu pięknych szczytów, ale okazało się, że całkiem przyjemne szlaki do spokojnej wędrówki jak ktoś chce, to tu znajdzie. Zaraz po „wielorybach, których nie było” jeden taki sympatyczny szlak znaleźliśmy. Nie wybraliśmy się daleko, bo zaledwie cztery kilometry od stolicy.

Szlak Rocha da Relva, prowadzący wzdłuż klifu jest krótki, wędrówka nim zajmuje mniej niż trzy godziny. Trasa jest niezwykle urokliwa. Z widokiem na granatowy ocean z jednej strony i piaskowe skały z drugiej. Z zielenią traw i krzewów, małymi domkami powciskanymi w zbocza klifu i mikroskopijnymi ogródkami. Na trasie spotkaliśmy zaledwie jedną parę, wędrującą podobnie jak i my, i kilku mieszkańców. Zastanawiałam się cały czas jak oni tu żyją. Na pewno z pięknym widokiem, w ciszy i spokoju, ale z dojazdem to tu jest naprawdę kiepsko. Samochodem raczej nie ma szans zmieścić się na wąskiej, nieregularnej, stromej i wijącej się drodze. Możliwe, że w ogóle nie używają samochodów do poruszania się albo zostawiają je gdzieś wyżej, a sami przesiadają się na rowery, konie albo inne mikroskopijne pojazdy, by dotrzeć do domu.

A może problemów z dotarciem nie mają, bo ich jedyną pracą jest praca na ich ziemiach? Zresztą, podobno Portugalczycy to niezbyt pracowity naród. A tu na Azorach, na ziemiach, które niemal bez pracy dają w bród jedzenia? W sumie po co pracować?