Moja historia ma niewiele wspólnego z oszczędzaniem (chociaż na jej końcu spróbuję Cię przekonać, że jednak trochę ma). Wiem jednak, że gdzieś tam w Polsce są osoby, dla których może być ona inspirująca i którym w trudnych chwilach może dać nadzieję, że wszystko da się zrobić, jeśli tylko bardzo tego chcemy. Nawet, jeśli osiągnięcie celu wydaje nam się w danej chwili niemożliwe, to warto wytyczyć sobie drogę i uczynić przynajmniej pierwsze kroki w obranym kierunku. Krok po kroku do przodu i ani się obejrzysz, a będziesz coraz szybciej zbliżać się do celu.

Tim Ferris, autor książki “4-hour workweek”, mówi z grubsza coś takiego: “Ludzie nie robią wielu rzeczy, do których są zdolni podając powody, które są w ich opinii dobrą wymówką. Ale wiesz co? Zawsze znajdzie się też ktoś, kto jest w gorszej sytuacji niż my i jednak to nie przeszkodziło mu osiągnąć celu. Przykładowo: ktoś mi mówi, że nie może wejść na Kilimandżaro, bo kiedyś miał kontuzjowane kolano. Odpowiadam: znam faceta, który nie ma ani rąk ani nóg a wczołgał się na Kilimandżaro – i to jest prawdziwa historia. Nie kupuję Twojej wymówki”.

jakoszczedzacpieniadze.pl

Powiem Wam, że mam podobnie. Kiedykolwiek dopada mnie pesymizm i zniechęcenie – staram się szukać pozytywnych przykładów. Przypominam sobie osoby, które są w gorszej lub dużo gorszej sytuacji niż ja, a jednak sobie radzą. To działa na mnie motywująco. Dlaczego mi miałoby się nie udać? Czego mi brakuje? Mam głowę na karku, dwie ręce i nogi. Trzeba tylko chcieć. To kwestia mojego wyboru i działania.

Kilka słów wstępu

Poniższa historia jest bardzo osobista i jest moim listem do Pata Flynna, który, chcąc nie chcąc, został moim “korespondencyjnym” przyjacielem. Pisałem tą historię jako wyraz mojej wdzięczności dla Pata i dowód na to, jak ważny stał się on w moim życiu i w jaki sposób – zupełnie nieświadomie – pomógł mi osiągnąć moje osobiste cele.

I to właśnie ten sposób wpływu amerykańskiego blogera na mnie, skłania mnie także do opublikowania mojej historii po polsku, tu na blogu “Jak oszczędzać pieniądze”. Po prostu mam nadzieję, że moja historia będzie dla kogoś (może nawet dla Ciebie) inspirująca i pomoże, w jakiś magiczny sposób, podnieść się z sytuacji, która w tej chwili wydaje Ci się trudna lub beznadziejna.

Moja historia rozpoczyna się w grudniu 2007 roku. Byłem już wtedy szczęśliwym mężem oraz tatą dwójki dzieci. Byłem (i chyba nadal jestem) pracoholikiem z wielkim zamiłowaniem do snowboardu. Co roku, już w listopadzie, planowałem inaugurację sezonu zimowego i starałem się złapać pierwszy konkretny śnieg w polskich górach. Pod koniec grudnia spakowałem deskę i pojechałem z kolegą Maćkiem (gorąco pozdrawiam!) na zaledwie 3-dniowy wyjazd do Korbielowa. Już po drodze było nieciekawie, bo między Warszawą a Korbielowem dwa razy zatrzymała mnie drogówka ;-) Ale to był pikuś w porównaniu z tym co miało nastąpić kolejnego dnia…

Śmigaliśmy sobie po zboczu Pilska po dziewicznym śniegu zgodnie z zasadą “decha a za nią krecha”, ale jeden z moich skoków się “nie udał”. Nawet bardzo się nie udał. Nie ustałem lądowania i zacząłem odbijać się od stromego stoku jak piłka. Jestem mały i lekki. Wylatywałem w powietrze i spadałem na nogi, turlało mną przez plecy i głowę, i znowu uderzałem deską o stok. Po którymś z takich fikołków coś chrupnęło… i, mówiąc w skrócie, złamałem obydwie nogi. GOPR, karetka, spór kompetencyjny między nimi kto ma mnie znieść, transport do Żywca, diagnoza, szybka decyzja “jadę do domu”, pomoc kolegów i w środku nocy mój inny kolega Michał (także pozdrawiam!) wiózł mnie do Warszawy. Diagnoza – konieczna operacja (czytaj: za tydzień, jak zejdzie opuchlizna), stan poważny bo piszczele rozsypane, nie wiadomo czy stawy w porządku i “brak gwarancji przywrócenia pełnej sprawności ruchowej”. No jak to usłyszałem, to prawie jak wyrok. Będę chodził? Będę biegał? Ile to potrwa? 21 grudnia wróciłem zoperowany do domu. W moich nogach znalazły się tytanowe płytki i około 20 śrubek. Wiedziałem tylko, że czeka mnie długa rehabilitacja bez jednoznacznej daty zakończenia i co najmniej kilka miesięcy w łóżku.