Nasze codzienne funkcjonowanie z innymi ludźmi zazwyczaj opiera się na pewnych przewidywaniach. Zakładamy, że ludzie zachowują się raczej racjonalnie, że dokonując wyborów analizują straty i zyski oraz, że słyszą to, co mówimy, reagując na to, co zostało faktycznie powiedziane (i na dodatek rozumieją, co mamy naprawdę na myśli). Psychologia społeczna od lat rozprawia się z przekonaniem, że działamy racjonalnie – i nic dziwnego, gdybyśmy mieli świadomie wszystko analizować, nie mielibyśmy czasu ani energii na nic innego. Jednak mnie ostatnio zaciekawiło to, jak często w danej chwili nie reagujemy na to, co jest, a na to, co już kiedyś było.

Jedną ze wspaniałych właściwości człowieka jest jego pamięć. Bywa też czasem przekleństwem, szczególnie, dlatego, że nad tym, by coś zapamiętać, możemy popracować (z różnym skutkiem), to nad tym, żeby coś świadomie zapomnieć – już nie. Pamięć przeszłych wydarzeń jest o tyle korzystna, że możemy czerpać z zasobów swojego doświadczenia i dzięki temu uczyć się. Jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej, jednym wystarcza jedno bolesne doświadczenie, inni pakują się wciąż w to samo, ale generalnie mechanizm jest przydatny. Jest jednak jeszcze inna strona medalu zwanego przeszłością. Zdarza się, że zamiast reagować na sytuację bieżącą, reagujemy na wspomnienie, które ona wywołała.

Najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy albo reflektując się dopiero po jakimś czasie. Im wcześniejsze zdarzenia źródłowe i im większe emocje powodowały, tym trudniejsza do opanowania aktualna reakcja. Zupełnie jakbyśmy działali w transie, ktoś coś powiedział lub zrobił, a my już mamy całą (najczęściej czarną) wizję tego, dlaczego tak się stało, co to oznacza (np. wcale mnie już nie kocha, chce mi dowalić, nie szanuje mnie), i jakie będą tego następstwa (złe i straszne). Oczywiście może się zdarzyć, że aktualne zdarzenie faktycznie oznacza, że ktoś nas nie lubi, nie szanuje czy chce zranić.