Zastanawiam się dlaczego w Polsce mamy graficzne zatwardzenie. Dobre projekty z trudem przeciskają się przez jelito reklamy, klientów,  żon klientów i Pani Krysi z naprzeciwka. Jestem za młoda, żeby pamiętać czasy przed okrągłym stołem i puste półki w sklepach, ale jestem pewna że papierowe, szare torby na cukier nie pomogły w rozwijaniu świadomości estetycznej wśród rodaków.

Czarna dziura grafiki użytkowej wchłania kreatywne realizacje do dzisiaj. Idę do sklepu spożywczego. Od wejścia kłują mnie w oczy promocje, nowości, 20% większe czipsy i druga sztuka gratis. Wszystkie opakowania jak z jednego szablonu. Przeładowane informacjami, z milionem kolorów i co najważniejsze ze zdjęciem. Bez różnicy czy to kokos, korniszon, kanarek, kurczak, kiwi, zawsze wkomponowany w grubaśne gradienciki i tanie copy. Wyobrażam sobie, że na półce jest jeden baton 100% magenta z ciemnobrązowym napisem „czekoladowy” a w parze z nim cały biały z napisem „śmietankowy”. Prędkość zauważenia w chaosie natychmiastowa, nawet dla niedowidzącego. Bańka wizji pęka. Szybko kupuje, wracam do domu i chowam produkty głęboko w szafie.

Przypomina mi się wycieczka do wielkiego świata, Warszawy. Znajomy grafik zabiera nasz „tim” do Marks & Spencer Food, tak na chwilę tylko. Błagałam o więcej. Cudowne kompozycje graficzne niektóre wektorowe, niektóre ilustracyjne, jedne minimalistyczne inne jak pattern. Każde opakowanie zasługiwało na gablotkę, swój ołtarzyk i groupies.

Ile jest takich sklepów,  których jedzenie smakuje Ci przed włożeniem sobie do ust? Niewiele. Specjalne edycje w PIPie, Almie czy innym Bomi rzadko są kompleksowe i często stoją na jednej grzędzie z innymi produktami. Paradoksalnie na pochwałę zasługuje firma, która bardziej jest znana ze stołów ze sklejki i hot dogów za zeta, ale jak się za coś zabierają to porządnie –  IKEA FOOD –  sprawę załatwili ikonami i dużą typografią.