Staram się jak mogę unikać plastikowych rzeczy. Wszystkich. Uważam, że nie dość, że obcowanie z plastikiem wpędza w depresję, to są to zazwyczaj rzeczy mało trwałe i tym same bardzo drogie w dłużej eksploatacji. Co za tym idzie, ich cena tylko pozornie jest atrakcyjna.

Przykład? Super, extra drogie garnki, które moja mama kupiła na jakiejś „promocji”. Wszystko fajnie, tylko uchwyty zawierają plastikowe elementy, które nie wytrzymują długotrwałego oddziaływania temperaturą. Efekt? Przy upadku pokrywki na ziemię uchwyt odpada. „Trzeba kupić nowe”, bo „nie da rady naprawić”. Znam z autopsji, bo ostatnio miało to miejsce…

Inny przykład to plastikowe pokrętła kuchenki domowej, których oznaczenia wycierają się po kilku latach używania lub po… dokładnym umyciu! Zaznaczam, że stara kuchenka Ewa miała wyżłobione rowki jako oznaczenia lub malunki na emalii – nie do zdarcia.