Kiedy wyjeżdżałam do Australii myślałam tylko o koalach. Nie sądziłam, że mojemu sercu bliższe staną się kangury. Do nich miałam najlepszy dostęp, bowiem jako jedyne zwierzęta w Lone Pine Koala Sanctuary żyły na otwartej przestrzeni. To właśnie kangury dostarczyły mi największych wrażeń. Niektóre z nich opisałam już w poprzednim wpisie o tych zwierzakach.

Większość wolnego czasu (godzinne przerwy obiadowe i po pracy) spędzałam na obserwacji koali oraz zabawach z kangurami. Z czasem zaczęły mnie już poznawać. Jedne były strasznie kochane i można było je głaskać za uszkiem i po boku, wiele z nich dawało też buziaczki; inne chętnie były karmione, ale na tym poprzestawały. Moimi ulubieńcami było takie rodzeństwo kangurów czerwonych i mama z dzieciątkiem. Mama kangurzyca – pozwalała mi się bawić ze swoim dzieciątkiem, nawet jak był u niej w worku. Rozpoznawałam ją po takiej ciemniejszej plamce w kształcie rombu na futrze. Liana znała wszystkie kangury (a było ich 140) i to po imieniu, zresztą sama je nadała.

Kangury czerwone mają najmilsze futro, takie mięciusieńkie w dotyku. Z turystami najmniej spoufalały się małe kangury wallaby. Któregoś razu, kiedy po pracy poszłam nakarmić kangury; patrzę, a jednemu z brzucha coś wystaje. Patrzę dokładniej – łapa, he he. Potem mały wystawił też głowę.