Oaxaca kojarzy mi się przede wszystkim z dziwnym jedzeniem i piciem. To tutaj próbowałam świerszczy, piłam mezcal z robaczkiem, degustowałam likierki i jadłam rękami w hali.

Na kolację poszliśmy do takiej hali – „Al pasillo de carnes asadas”, gdzie jadają chyba tylko miejscowi (przynajmniej nie widziałam żadnych turystów, a byliśmy tam parę razy). Surowe, pokrojone w cienkie plastry mięso jest wyłożone i wywieszone na stoiskach. Kolejno wybiera się produkty np. cebulkę na grilla, potem mięsko (do wyboru była wieprzowina, wołowina, chorizo- czyli kiełbasa), potem sałatki, a na koniec klaszcze się na Panią, żeby przyniosła tortille. Każdy produkt od innego sprzedawcy. Ci, którzy chcą usiąść muszą kupić coś do picia, bowiem stolikami zarządzał sprzedawca napojów. Dostaje się papierowe serwetki, a za talerze robią tortille. Mięso i sałatki dostaje się w misach. Limonki i przyprawy w małych miseczkach. Je się rękami. 1 kg mięsa kosztował nas 120 pesos, cola 10 pesos, 3 tortille – 3 pesos i do tego sałatka gratis.

Na deser zaś zjadłam świerszcza. Tuż przed halą stały Panie z wielkimi misami pełnymi świerszczy z różnymi przyprawami. Oczywiście musiałam spróbować. Mój chyba był jeszcze nie do końca ugrillowany, bo jak go przegryzłam to mi się „ssikał” w buzi, tzn. wypuścił jakiś sok. Poza tym smakował trochę jak chips, czyli przede wszystkim czuć było przyprawę, jaką był posypany.