Andaluzja, a właściwie cała Hiszpania, to raj dla kawoszy. Dzień musi zacząć się od tego wysoce energetyzującego napoju. Bo jak nie – z efektywnej pracy nici. To pewnie dlatego od samego rana sewilskie bary pekają w szwach. Dosłownie – pękają, mimo że w stolicy Andaluzji znajduje się (podobno) więcej barów niż w jakimkolwiek innym europejskim mieście (choć słyszałam też, że w Madrycie jest ich jednak więcej).

Między 09:00, a 11:00 praktycznie wszystkie bary – w odróżnieniu od biur i urzędów -są gwarne i pełne życia. Nie zapomnę jednej z moich wizyt w banku mniej więcej w tych godzinach. Po kilkunastu minutach czekania przy odpowiednim dla sprawy okienku, pani z sąsiedniego stanowiska z rozbrajającą szczerością powiedziała: „Ooooch, Pepa jest na kawusi, to może trochę potrwać”…(i miała racje, potrwało).

Nie ma też popołudnia bez kawy. Nie ma „cafelito”, nie ma pobudki ze sjesty. I właściwie, bardzo mi to na rękę, jako że od dawna podejrzewam, że w moich żyłach płynie więcej kawy niż krwi. Z resztą dużo przyjemniej iść na spacer, czy na zakupy, gdy po drodze pachnie świeżo zaparzoną kawą.

www.pisanewsewilli.com

Wszystko by było pięknie, gdyby nie te szklanki. Nie wiem co prawda jaki zwyczaj mają bary w innych miastach Andaluzji, ale w Sewilli kawę zazwyczaj dostaje się w grubej, mało wyrafinowanej szklance.

Tagi: kawa, kawosze, Andaluzja, Hiszpania, kofeina.