Jednym z najczęściej zadawanych przez klientów pytań jest „Ile będzie trwała terapia”? Na poziome tzw. uzgodnionej rzeczywistości jest to pytanie oczywiste – lubimy wiedzieć, jakie będą ramy czasowe czegoś, w co się angażujemy, często trzeba też zorganizować sobie czas i budżet. W niektórych szkołach terapeutycznych jest to wręcz jeden z podstawowych elementów kontraktu terapeutycznego – określenie ram czasowych. W przypadku placówek publicznych sprawa ma jeszcze inne oblicze – możliwe jest finansowanie tylko określonej liczby sesji terapeutycznych.

To jednak jest bardzo trudne pytanie. Trudne, bo kim jestem terapeuta, by wiedzieć, w jakim tempie będą zachodzić zmiany, jak klient będzie reagował na pracę, jakie przeszkody staną na drodze i co po drodze zostanie wspólnie odkryte? Intensywny nurt tak zwanych terapii udokumentowanych  empirycznie (evidence based therapy) wpędza moim zdaniem w ślepą uliczkę, którą jest myślenie o terapii jak o procesie możliwym do totalnego kontrolowania i przewidzenia. Zupełnie jakby klient nie był żywym, reagującym ogranizmem, jedynym w swoim rodzaju, będącym w interakcji z terapeutą.

Zazwyczaj, więc odpowiadam – nie wiem, ale spróbujmy popracować przez tyle to a tyle, a potem wspólnie zobaczymy gdzie jesteśmy. Czasem jestem w stanie wyczuć, że jakiś proces wymaga czasu, choć zdarzyło mi się też być bardzo zaskoczoną tempem zachodzących zmian.

Pytanie to jest często również przejawem mechanicystycznego podejścia do ludzkiej psychiki. Gdy oddajesz samochód do mechanika, zazwyczaj (zazwyczaj!) potrafi on powiedzieć ile czasu zajmie mu praca – bo samochód jest w miarę prostym (w porównaniu z człowiekiem) zestawem urządzeń, które w znany i określony sposób funkcjonują i od siebie zależą (choć doświadczenie mówi, że nawet z samochodem często sprawy nie są tak oczywiste). Ludzka psychika to nie maszyna. Istnieją pewne zasady, można ich szukać i opisywać, ale ilość czynników, które mają wpływ na to jak dany człowiek przeżywa życie jest ogromna.