Kocham cmentarze. Tak już mam. Nie kojarzą mi się źle, nie rozglądam się nerwowo chodząc między grobami, nie bałabym się wędrować ich ścieżkami nocą. Są dla mnie wyciszeniem i zachwytem. Swoistą galerią sztuki. Dodać trzeba, że muszą to być oczywiście stare cmentarze, bo na nowych brak odpowiednich warunków do kontemplacji – nie ma tam sztuki, ciężko znaleźć ciszę, gdy wokół brak drzew.

Najbardziej lubię takie nekropolie jak Powązki, bo można się w nich zatracić niczym w muzeum, ale mój łańcucki cmentarzyk też nadaje się do tego, żeby po nim błądzić w zachwycie i wynajdywać coraz to nowe perełki warte uwiecznienia i zapamiętania. Nie wszystko napawa optymizmem – sypiące się zabytkowe groby, opuszczone kaplice, zaniedbane mogiły bohaterów zasłużonych dla ojczyzny… Niemniej jednak cmentarze mają to do siebie, że nawet gdy natura postanowi objąć je w posiadanie, to ma to swój urok.

Ostatniej niedzieli wybrałam się ponownie, by pospacerować po ostatnim miejscu spoczynku tych, którzy w moim mieście zamknęli oczy na zawsze. Niektórzy mieszkali tu całe życie, inni przybyli z daleka, by tutaj żyć, pracować i odejść, jeszcze inni trafili na naszą małą nekropolię zupełnie przypadkiem. Zieleń znów opanowała cmentarz na kilka miesięcy. Zawsze mam wrażenie, że w tym miejscu cień jest jakiś inny, głębszy. Naprawdę lepiej mi się tam myśli.

zielonowglowie.blogspot.com

Tagi: cmentarze, historie, ludzie, Powązki.