Będąc po raz pierwszy w Walencji bardzo zależało mi, żeby przebrać się za Fallerę. Byłam zafascynowana tą tradycją i urzekły mnie te przepiękne stroje. Niestety nigdzie nie mogłam znaleźć sklepu, w którym sprzedawaliby sukienki. Okazało się, że wszystkie są szyte na miarę, więc ew. na wystawie można jakąś zobaczyć, ale już nie przymierzyć. Fallery dobierają sobie materiał, wzór i dodatki. Każda suknia jest unikatowa.

W poszukiwaniu sukni zeszłam chyba całe miasto. Dwa dni przed wyjazdem całkiem przypadkiem idąc do szkoły językowej, do której chodziłam codziennie, poszłam troszeczkę inną drogą i patrzę, a na wystawie są zdjęcia Faller. Szybciutko weszłam do studia, żeby zapytać o cenę i możliwość zrobienia zdjęć. Ponieważ cena jednego zdjęcia (wliczony koszt sesji) była delikatnie mówiąc duża, wynegocjowałam jeszcze 4 zdjęcia zrobione swoim aparatem.

Najpierw poszłyśmy z Mª José do niedużego pokoju, w którym mieściła się przebieralnia i make upownia. Miałam do wyboru dwie suknie. Obie prześliczne, jednak ta ładniejsza trochę niedopinana mi się w biuście, więc musiałam zdecydować się na większą. Moją metamorfozę w Fallerę opiszę w osobnym wpisie.

Myślałam, że zrobią mi jedno zdjęcie i będzie po wszystkim, tymczasem to była prawdziwa sesja. Zrobili mi z setkę zdjęć: z wachlarzem w ręku, z dzbanem, w „welonie”. W studio byli Mª José, jej mąż Vicente i fotograf. Vicente cały czas mnie rozśmieszał, atmosfera była super. Potem przeglądaliśmy wszystkie zdjęcia, w pierwszej selekcji odrzuciliśmy te najbrzydsze, potem były kolejne selekcje. W końcu zdecydowałam się na 2 wydrukowane i kilka na płycie, a oni podarowali mi całą resztę zdjęć (tylko nieobrobionych), które zostały po ostatniej selekcji.

Tagi: przyjaźń, Fallera, Walencja.