„– Sam pan widzi – mówi z żalem – wszyscy się śpieszą. Dokąd? Niech mi pan powie, dokąd? Wie pan, co mnie trzyma przy życiu? (a ma już ponad osiemdziesiąt lat) To że umiem ze wszystkiego się cieszyć. Ot, choćby pójdę na skwerek, usiądę na ławce. W jakim jestem cudownym miejscu – mówię do siebie. I cieszę się, wie pan, to daje mi tyle radości!” R.Kapuściński „Lapidaria”

Po upalnej nocy z Martą i Józkiem w Barcelonie (dziękujemy raz jeszcze za przemiły wieczór!) trochę nerwów w mieście: kłopoty ze znalezieniem pudeł, jazda pod prąd z kartonami pod pachą, składanie rowerów pod Casa Mila, pozowanie japońskim turystom, pożyczony od bezdomnego wózek z kartonami, który pchaliśmy pospiesznie po ulicach w stronę stacji metra, spacer farmera z dwudziestopięciokilogramowymi pudłami z peronu na lotnisko, pół godziny przed odlotem przy odprawie, lot przebukowany, upchnięci do Business Class, z przeciągniętą zasłonką, odseparowującą nas od reszty pasażerów, pozostaliśmy ciągle w pejzażu limes, pejzażu miejsc, które ledwie liznęliśmy, przypadkiem podejrzeliśmy, a już musimy je opuszczać.

Chciałoby się jeszcze powłóczyć, pooglądać, pobyć razem, pozasypiać i powstawać zgodnie z cyklem coraz wyraźniej wydłużającego się dnia, ugniatając go w coraz szerszą i jaśniejszą przestrzeń rowerowej tropy. Chwilowo jednak musimy przerwać katalońskie peregrynacje i powrócić do szarej, miejskiej nory, bo choć dziuplę mamy w niej przytulną i dobrze ukrytą, to i tak coraz trudniej w niej wytrzymać, a do letnich migracji i wylotów bardzo jeszcze daleko.

Trochę myśli, obrazów, przemyśleń. Wtórnych, boląco jednakich, nic nowego, więc i pisać za bardzo nie ma o czym. Na jawie jasne, ciepłe, pastelowe barwy, ale po zmroku ulatują, a ich miejsce zajmują sny szare, męczące, gdzie jest przedzieranie się przez wręby, jak u Kafki, ale tam przynajmniej właściwie zaczepione, na odpowiednim miejscu, we śnie zawsze łatwiej, dobrowolnie na jawie nie powiodłoby się to chyba nigdy.