Przez wiele lat grałam w lotto i nie wygrałam nawet złotówki. Jedyne „konkursy”, jakie wygrywałam, to takie, w których trzeba najpierw złożyć zamówienie, by następnie dostać bezwartościowy gadżet i jeszcze pokryć za niego koszt przesyłki. W tym miesiącu szczęście w końcu postanowiło się do mnie uśmiechnąć (i tu puszczam do Was wirtualne „oczko”, zaraz przekonacie się dlaczego). Pierwszy raz w życiu obstawiłam konia na zawodach jeździeckich i od razu wygrałam. Ile? …Starczyłoby na pół piwa, ponieważ wygrałam…60 centów i paczkę chrupek. Żeby było jeszcze bardziej kompromitująco, „zakład bukmacherski”, w którym obstawiałam nazywał się „Namiot Smerfa”.

Ja wiem, wiem. To wszystko brzmi tak mało poważnie. Chrupki, smerfy i pół piwa…Mimo wszystko wyścigi konne po plażach andaluzyjskiego miasteczka Sanlúcar de Barrameda organizowane są jak najbardziej na serio. I to od ponad 160 lat. Pierwsze gonitwy miały miejsce w sierpniu 1845 r. Stare dzieje!

Wyścigi konne po plaży

Nie jestem specjalną miłośniczką wyścigów konnych. Pojechałabym oczywiście na Wielką Pardubicką, ale raczej tylko z czystej ciekawości. Nie wyobrażam sobie jednak, żebym mogła przegapić doroczne zawody w Sanlúcar de Barrameda. Bo to nie są zwykłe zawody.

Hipodromem są miejscowe plaże! Na odcinku 2 kilometrów dżokeje popędzają swoje konie wzdłuż atlantyckiego wybrzeża. Trybuny są też dość nietypowe. Oprócz tych klasycznych, ulokowanych tuż przy mecie, widzowie obserwują wyścigi ze swoich plażowych krzesełek i ręczników. Wszystkie gonitwy obywają się przy miękkim świetle zachodzącego słońca. To wszystko sprawia, że atmosfera zawodów jest iście piknikowa.