Ten wpis stanowi drugą, zamykającą, część postu Rodzice w sieci. Zacząłem od rodziców, gdyż dobry przykład jest wart dwa razy tyle, co dobra rada (: Jeśli dzieci widzą, że rodzice nie mogą odkleić się od komputera, niewielkie szanse, że nie pójdą w ich ślady.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy (np. akcja „laptop dla każdego ucznia”), nasze dzieci do prawidłowego rozwoju czy też edukacji potrzebują dostępu do komputerów (co jest praktycznie tożsame z dostępem do internetu), a nie „szerokopasmowego” dostępu do swoich rodziców czy ciekawej, dobrze zaopatrzonej biblioteczki. Nie łudźmy się – dzieci wchodząc do sieci nawet z dobrych pobudek zazwyczaj ulegną (= polegną) fascynacji tym, co kolorowe i krzykliwe, i bardzo szybko ich uwaga zjedzie w kierunku -dość płytkiej- rozrywki. Nie mają także rozeznania, gdzie może to ich zaprowadzić: spam z pewnego portalu randkowego przysłany z mailami od koleżanek Córki rozprzestrzeniał się błyskawicznie (chodziło o rozwiązanie testu psychologicznego, a wynik otrzymywało się po podaniu adresu i hasła, oczywiście po to, by opanować skrzynkę pocztową).

Wchodząc do internetu odczuwam coraz większe zniechęcenie, jeśli chodzi o treść, a także obawę, iż coraz trudniej chronić dziecięcą wrażliwość i niewinność (które właściwie przestały być traktowane przez przemysł rozrywkowy jako wartości nadrzędne, o czym przekonuje mnie niemal każdy nowy film animowany).

Co do komputera uważam za absolutne minimum, aby dzieci logowały się na specjalny profil chroniony programem kontroli rodzicielskiej. Nasze młodsze dzieci sporadycznie korzystają z komputera (nie korzystają przy tym same z internetu), zaś najstarsza Córka (13 lat) korzysta z komputera (w tym z interentu) maksymalnie przez 1 godzinę dziennie (zarówno na potrzeby naukowe, jak „prywatne” typu sprawdzenie poczty). Dzieci nie korzystają z komputera po kolacji.

Tagi: dzieci, Internet, laptop, rodzice.