Kawa, prysznic, wygodne łóżko – potrzebowałyśmy trochę luksusu po cygańskich wojażach. W Braszowie nie mogłyśmy znaleźć nikogo, kto by nas przenocował. Znalazłyśmy za to niedrogi, ale całkiem przyzwoity hostel. Niedrogi, bo znajdował się dość daleko od centrum. Dla nas to nie była jakaś zatrważająca odległość, zwłaszcza że obie dobrałyśmy się dobrze pod względem naszego zamiłowania do chodzenia.

W Braszowie nie zwiedzałyśmy wiele. Pospacerowałyśmy uliczkami miasta, głównym deptakiem, obeszłyśmy wokół najbardziej popularną atrakcję w mieście, czyli Czarny Kościół. Braszów miał stanowić naszą bazę wypadową do zamku Draculi w Bran, do zamku w Rasznowie, gdzie również znajduje się ciekawy kompleks zamkowy oraz do Busteni. Z tego ostatniego miejsca chciałyśmy dostać się kolejką linową do Sfinksa i tzw. Babele, czyli „Starej Damy”. Po Braszowie miał przyjść czas na Bukareszt.

anitademianowicz.blogspot.com

Brasov

Pół wieczoru spędziłyśmy na planowaniu kolejnych dni, szukaniu hostów w stolicy. Pół żywe ze zmęczenia położyłyśmy się w końcu spać, by wstać znów o świecie. W planach miałyśmy jednak tak dużo do zobaczenia, że nie mogłyśmy marnować czasu na zbędny sen. Wyśpimy się po powrocie, stwierdziłyśmy zgodnie.

Wyszłam na taras hostelu. Szczyty gór ukrywały się za ciemniejącymi coraz bardziej chmurami. Nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Obawiałam się, że nawet, jeśli dostaniemy się na szczyt, to i tak niczego nie zobaczymy. Starałyśmy się być jednak dobrej myśli. Ruszyłyśmy szukać „wylotówki” do Sinai i Busteni. Z informacji, które zdobyłyśmy, wynikało, że są dwie kolejki, po jednej z każdego miasta.

anitademianowicz.blogspot.com

Sinaia

Wybrałyśmy Busteni, bo było bliżej, zaledwie czterdzieści kilometrów od Braszowa. Okazało się, że na dotarcie do drogi wylotowej potrzebujemy trochę czasu, sił i jakiejkolwiek orientacji w terenie, a zwłaszcza z tym ostatnim, to różnie u nas bywa. Nie bardzo się orientowałyśmy, w którym w ogóle kierunku powinnyśmy podążać. Na ulicy, przy automacie z kawą jakiś mężczyzna próbował zdobyć jeden kubeczek energetyzującego napoju. Widać było, że dopiero co wstał i ledwo widzi na oczy. Najpierw padło nieśmiertelne pytanie czy mówi po angielsku albo hiszpańsku.

– A little – usłyszałyśmy.
Pokazałyśmy na mapie miejsce do którego musimy się dostać z prośba o wskazanie właściwego kierunku, tłumacząc, że chcemy jechać autostopem.
- Chodźcie ze mną – powiedział. – Zawiozę was.
Nie zastanawiałyśmy się ani chwili.
– Dziesięć lat mieszkałem w Moskwę. Wiem jak to jest być obcokrajowcem.
Zawiózł nas w miejsce, w którym bez problemu mogłyśmy łapać dalej. Po pięciu minutach już jechałyśmy. Nasz kolejny kierowca oczywiście też nie mówił po angielsku, ale zrozumiał Busteni i „no money”, czyli najważniejsze rzeczy mieliśmy uzgodnione. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo w końcu wysadził nas w Sinai, z niewiadomych dla nas powodów, z czego zdałyśmy sobie sprawę po dobrych kilkunastu minutach marszu.

Co teraz, zastanawiałyśmy się.
– Najwidoczniej tak miało być – stwierdziłam. – Idziemy zatem na kolejkę tutaj.
Zaczęłyśmy podążać za różowymi znakami z napisem „telegondola”. Byłyśmy przekonane, że to właściwa droga. Wspinałyśmy się coraz wyżej i wyżej. Słońce znów przypiekało, mimo że było jeszcze przed południem. W górę podążałyśmy blisko półtorej godziny. W końcu szczęśliwe dotarłyśmy na miejsce, modląc się by kolejka działała. Działała, ale…

No właśnie. Po rozmowach z jedyną osobą, która najlepiej z pracujących tam, znała angielski dowiedziałyśmy się, że tą kolejka nie dojedziemy tam, gdzie chcemy. Musimy zmienić kolejkę, a następnie w górę wędrować trzy godziny, by dotrzeć do Sfinksa, a następnie niecałe trzy godziny, by zejść, a potem jeszcze czekanie na kolejki, schodzenie do miasta i znów łapanie stopa. Obawiałyśmy się, że dnia nam nie starczy. I co teraz? Pani stwierdziła, że szybciej dostaniemy się z Busteni, bo tam po wjechaniu na górę, potrzebujemy zaledwie godziny, by dostać się do Bebele i Sfinksa. Po dokonaniu niezwykle skomplikowanych obliczeń matematycznych wyszło nam, że faktycznie szybciej będzie, jeśli zejdziemy i ruszymy do Busteni, i stamtąd wjedziemy kolejką na górę. Wiedziałyśmy jednak, że do zamków już raczej tego dnia dojechać nam się nie uda.

Tagi: Rumunia, Braszow, Busteni, Sinai.