Może nawiedzają Was, w najmniej oczekiwanym momencie, podobne myśli? Co ja tu robię? Zamiast być w domu ze swoimi dziećmi siedzę w pracy, żeby zarobić na opiekunkę, z którą zostawiam swoje dzieci? Pracuję od rana do wieczora, żeby zarobić na spłatę kredytu na mieszkanie, w którym faktycznie nie mieszkam?

Dzieci widuję tylko w porach, gdy już śpią w łóżkach. Biorę kredyt na samochód, który za chwilę będzie wart połowę pożyczonej sumy. Siedzę w domu, w którym nie chcę mieszkać, gdyż przypomina IKEA, drżąc o to, by mąż nie stracił pracy, gdyż nie będziemy mieli na raty. Buduję wielopokoleniowy dom, w którym dzieci i tak nie będą mieszkać, a do sprzątania którego trzeba będzie zatrudnić firmę sprzątającą. Stojąc w kolejce do kasy w niedzielne popołudnie zastanawiam się, czy jest to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu z rodziną. Płacę za studia na uczelni, pracując wieczorami i w weekendy, chociaż po jej ukończeniu zapewne zasilę szeregi dyplomowanych bezrobotnych.

Szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, studia, magisterka, praca, kredyt, zakupy, więcej pracy, większy kredyt, zakupy i tak przez 30-40 lat, do emerytury. Czy życie ma być jedynie drogą do jak najlepszej zdolności kredytowej? Czy świadomie wybraliśmy ten scenariusz dla swojego życia? Czy o to naprawdę nam chodziło?