Tegoroczną wiosnę postanowiliśmy przywitać na rozlewiskach Warty. Tym razem w spacerze towarzyszył nam pies. I to pies nie byle jaki, bo nasz własny, osobisty. Ha! Mamy psa! Taka mała zmiana w naszej gromadzie :-). Do decyzji o przygarnięciu czworonoga dojrzewaliśmy bardzo długo.

Często rozważaliśmy wszystkie „za” i „przeciw” i tak się jakoś składało, że tych „przeciw” zwykle było (ku rozpaczy Andrzeja) więcej. No bo jak pogodzić pracę w systemie ośmiogodzinnym, liczne wyjazdy i powiedzmy to szczerze, zamiłowanie do pewnej wygody z opieką nad wymagającym, bądź co bądź, zwierzęciem? I kiedy już wydawało się, że będziemy się wozić z tą decyzją na święte nigdy… w dniu ostatnich urodzin Andrzeja w naszym domu pojawił się Tytus. Jak widać kudłaty tort nie był przypadkowy ;-)

mukla.blox.pl

Tytus jest już z nami od blisko trzech tygodni. Trafił do naszego domu prosto z poznańskiego Schroniska dla Zwierząt Bezdomnych. Zawsze było dla nas oczywistym, że jeśli już zdecydujemy się na kudłatego przyjaciela, to nie będziemy go szukać po wykwintnych hodowlach, a w schroniskowym boksie właśnie. A zatem Tytus to pies po przejściach. Jakich? Trudno powiedzieć. Do schroniska trafił latem zeszłego roku, zabrany z ulicy po której się błąkał. Czy w swoim dziewięcioletnim psim życiu miał wcześniej dom i jak trafił na ulicę już na zawsze pozostanie dla nas niewiadomym. Na razie się socjalizujemy, co jest procesem żmudnym i czasochłonnym. Na szczęście psiak dość szybko załapał, że teraz „jest nasz” i już poczynił ogromne postępy od dnia kiedy to zestrachany i trzęsący przekroczył próg nowego domu. Z każdym dniem staje się coraz bardziej radosnym pieskiem i to naprawdę cieszy. Jego machanie ogonem na powitanie – bezcenne!

mukla.blox.pl

Jeżeli ktoś jednak myśli, że nasza codzienność to teraz słodka sielanka z sierściuchem w tle, że całymi dniami rozkosznie baraszkujemy po rozlewiskach, tuląc i miętosząc naszego czworonoga, to muszę tego kogoś grubo rozczarować. Pies to przede wszystkim masa pracy. Ameryki nie odkrywam, to fakt powszechnie znany i oczywiście doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, jednak, przyznaję otwarcie, nie przypuszczałam, że pojawienie się kolejnego domownika okaże się dla mnie tak pioruńsko stresujące, że aż dwa kilo mi ubędzie. Pierwszy wspólny dzień upłynął mi na sprzątaniu psich siuśków z podłogi, co przysporzyło mi kupę (taaa… kupa zresztą też była) nerwów i roboty.

Tagi: pies, schronisko, Tytus, obowiązki.