Zrobiło się ostatnio głośno na temat najnowszej książki prof. Tomasza Witkowskiego „Zakazana psychologia tom. 2″. Wiedziałam, że ma się ukazać, ale informacje na ten temat dotarły do mnie pośrednio – poprzez osoby, które słuchały rozmowy z nim i prof. Mellibrudą w radiu TOK FM oraz przeczytały z nim wywiad.

Ton był podobny: to jak to jest z tym DDA? Czy to zjawisko w takim razie nie istnieje? Czy to znaczy, że przez lata coś sobie wmawiałem? Wcale nie borykam się z trudnym dziciństwem, bo ojciec pił, tylko mój problem polega na czymś innym? A może nie ma żadnego problemu? Czy moja dziewczyna, z poszarpanymi emocjami, trudnościami w relacji, nałogami, cierpiała z innego powodu niż to, że miała popieprzony dom rodzinny? Czy diagnozy psychoterapeutów, że to DDA, to było tylko nakręcanie psychobiznesu, a to wszystko to po prostu nieprawda?

Zastanawiam się czy takie właśnie intencje miał prof. Witkowski rozpętując krucjatę przeciwko nierzetelnym terapeutom i pseudoterapeutom. Myślę, (mam nadzieję) że nie było jego intencją podważać realnych przeżycia tysięcy ludzi, którzy przeszli gehennę w domu rodzinnym i teraz starają się jakoś poskładać porozbijane kawałki życia, emocji, doświadczeń, relacji. Skrajności bywają jednak niebezpieczne i wykluczające – a prof. Witkowski jest moim zdaniem w swoich opiniach dość skrajny.

Od pewnego czasu trwa debata w środowisku naukowców, jaki wpływ ma dzieciństwo na nasze dorosłe funkcjonowanie. Opinie i badania są różne i jak to w naukach społecznych bywa – jedno czy drugie badanie nie dowodzi jeszcze niczego. Zdarza się też, że badania są przytaczane tendencyjnie, wybierane są te zgodne z poglądem danego badacza, a pomijane inne, które mogą coś podważać. Nie mówiąc o często wątpliwej metodologii (której zwykły końcowy odbiorca wyników zazwyczaj nie jest w stanie ocenić), wychodzących na jaw manipulacjach danymi i innych nieprawidłowościach. Dlatego hasło „naukowe podstawy” bywa zwodnicze.

Dla jasności – cenię sobie podejście naukowe, z zainteresowaniem śledzę różne odkrycia, cieszy mnie też, gdy nauka i praktyka wzajemnie od siebie czerpią. Zdaję sobie jednak sprawę z ograniczeń obu podejść. Wracając do wpływu dzieciństwa – zaprzeczanie temu, że to, co się dzieje w naszym dzieciństwie ma wpływ na to kim jesteśmy później jest absurdem (bo jest tym samym zaprzeczaniem pewnym podstawowym zjawiskom rozwojowym dziecka). Takim samym, jak twierdzenie z drugiego końca – że skoro ktoś przeżył coś trudnego, to w dorosłym życiu jest skazany na cierpienie lub nie może nic z tym zrobić.