Spoj­rza­łem wczoraj wie­czo­rem na ciemną ulicę, zga­szone latar­nie. Wyobra­zi­łem sobie całe mia­sto nocą, pozba­wione świa­teł. Czy nie byłby to na swój spo­sób piękny widok? W pew­nym stop­niu na pewno też nie­po­ko­jący, straszny, ale piękno idzie czę­sto w parze z tym uczuciem.

Zawsze przy oka­zji podob­nych wyobra­żeń, przy­cho­dzi mi do głowy apo­ka­lip­tyczna wizja świata Tylera Dur­dena z „Fight Club”. Ludzie, któ­rzy powró­cili do stanu pier­wot­nego, bez tech­niki, elek­trycz­no­ści, odziani w skóry, polu­jący na zwie­rzęta, mia­sta powoli pogrą­ża­jące się w dzi­kiej roślin­no­ści. Stada jeleni bie­ga­ją­cych po uli­cach. Coś jak w „12 małp”.

Nie trzeba jed­nak iść tak daleko, myśleć o opu­sto­sza­łych mia­stach. Wystar­czy wyobra­zić sobie, że na całej ziemi wysiada prąd. Zabiera nam świa­tło, zabiera nam tech­nikę coraz bar­dziej opartą na kom­pu­te­rach. Noc odzy­skuje swój mroczny maje­stat, a my byli­by­śmy zmu­szeni się­gnąć znów do natury. Po ogień.