Już w paru postach uporczywie pisałam, że o wizę pobytowa w RPA należy starać się w kraju ojczystym. W każdym z możliwych przypadków, bez wyjątku. Uściślę zatem nieco temat i przybliżę moje własne wizowe perypetie. Moją pierwszą wizą była wiza na dwa lata. Standardowa, korporacyjna wiza, z możliwością przedłużenia o pół roku – po tym czasie należy wyjechać, albo starać się o wizę w innej kategorii, w innej firmie, albo o nowy transfer. O ograniczeniach wizy nie wiedziałam, ale nawet gdybym wiedziała, nie miałoby to wtedy znaczenia, bo nie miałam zamiaru zostawać w RPA dłużej.

Czekałam na tę wizę długie trzy miesiące, żyjąc z jednej walizki (bo kontenera się nie dało odprawić bez wizy) i polegając na zaliczkach z firmy (bo legalnie zapłacić mi bez wizy nie mogli). Nie wiedziałam wtedy, że te trzy miesiące to jeden z najkrótszych okresów oczekiwania w mojej i moich znajomych ekspatów historii…
Moja pierwsza wiza miała dobiec końca w maju 2009 roku… Kilka miesięcy później miał się urodzić Mały Bolek. Pomna już wtedy historii wizowych zakończonych opóźnieniami, już na początku stycznia zgłosiłam mojej korpo, a konkretnie osobie zajmującej się naszymi ekspackimi sprawami chcę przedłużenia. I tak własnie zaczyna się długa historia moich spotkań z Aidą.