Miałam spędzić cudowny w piątek w Szczecinie. W czwartkowy wieczór stwierdziłam jednak, że mam ochotę na bajgle. Takie bajgle idealne – mięsiste, stawiające zębom opór, pięknie wyrośnięte, ze skórką chrupiącą na zewnątrz i miękkim środkiem. Ale nie takim okropnie miękkim jak zwykła „dmuchana” bułka z supermarketu, raczej jak nieco gęstsza drożdżówka. Nasze poszukiwanie bajgla idealnego trwa od ponad roku, od kiedy wróciliśmy z kraju Panera Bread i Einstein Bros. Bagles. Poszukiwanie jest bardzo trudne, bo polska mąka jest absolutnie inna niż amerykańska i wszystkie wypieki są zbyt szlachetne.

Pomyślałam więc, że skoro w Berlinie można znaleźć liczną mniejszość amerykańską, to można i znaleźć amerykańskie bajgle. Wujek Google w 0,31 sekundy pokazał mi, że całkiem niedawno pewna Amerykanka o pięknym nazwisku Kratochvila postanowiła dać Europie prawdziwie nowojorskie bajgle. Kupiłam bilet i w piątek o 6:11 rano wyruszyłam na podbój Berlina. Byłam tam po raz pierwszy i to tylko na 8 godzin, więc miałam bardzo napięty plan: bajgle w Books&Bagles, kawa i ciasto w The Barn, sklep z drewnianymi elementami do budowy pociągów. A po drodze wszystkie sztampowe atrakcje turystyczne.

Rozpoczęłam z przytupem – weszłam do 5 gwiazdkowego hotelu po mapę Berlina, potknęłam się, udało mi się wywołać uśmiechy na kilku twarzach, które wydawały się nieskore do uśmiechów. Wyszłam i zaczęłam szukać kawiarni. Zobaczyłam dobrze mi znane logo, które do tej pory było gwarancją niezłej jakości. Przejechałam się okropnie – jeśli ktoś twierdzi, że parzenie kawy w ekspresie ciśnieniowym to żadna filozofia, niech uwierzy, że są miejsca, gdzie za prawie 3 euro można dostać obrzydliwe cappuccino. Nawet super wiedeński wystrój tego nie rekompensuje. Na szczęście, mapa okazała się całkiem przejrzysta, znalazłam ulicę na której sprzedają bajgle, ruszyłam.

crustanddust.blogspot.com/

Tagi: Berlin, amerykańskie bajgle.