Kiedy przygotowywałam plan mojego pobytu w Oceanii, od razu założyłam, że po Nowej Kaledonii będę przemieszczać się stopem. Wynajęcie samochodu, zwłaszcza kiedy podróżuje się samemu, a do pokonania ma się w sumie niewielkie dystanse, wychodzi za drogo. Z kolei autobusy miejskie nie dojeżdżają wszędzie i na zawołanie. Wyciągnięcie kciuka w górę wydaje się w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem. W dzisiejszym poście o moich autostopowych przygodach na krańcu świata :)

Kiedy cztery tygodnie temu, pierwszego dnia po przylocie do Nouméi byłam chora, nie miałam nastroju na stanie przy drodze, łapanie stopa i prowadzenie rozmów z kierowcami w czasie jazdy. Tym bardziej, że straciłam głos i mogłam mówić tylko szeptem. Nie miałam jednak innego wyjścia, bo po przylocie zapomniałam wypłacić franki, więc nie miałam kasy na bilet na autobus, ktory zawiózł by mnie do miasta.

Dzielnie ustawiłam się przy drodze w miasteczku, w którym mieszkają moi znajomi i czekałam na jakąś dobrą duszę. Dodam jeszcze, że nie bardzo wiedziałam gdzie jestem i jak mam dojechać do Nouméi, więc na pytanie gdzie jadę, mówiłam, że do centrum, ale właściwie to nie wiem gdzie.

ethno-passion.blogspot.com

Od pierwszego dnia mojej autostopowej przygody w Nouméi nie miałam żadnych problemów z łapaniem, nawet jeśli ustawiałam się w centrum miasta, albo na obrzeżach, gdzie nawet autobusy są rzadkością.

Co jest najciekawsze, wielu (moze nawet większość!) kierowców podwozi mnie do samego celu moich dziennych wycieczek, nawet jeśli sami jadą gdzie indziej. Oczywiście, że tego od nich nie oczekuję, nawet przez myśl by mi nie przyszło, zeby o to poprosić, a wiedząc, że kierowca jedzie gdzie indziej proszę, żeby po prostu trochę mnie podwiózł, na przykład do miejsca, w którym nasze drogi się rozchodzą.

Tagi: Ile des Pins, Noumea, Nowa Kaledonia, autostop, podróż.