Kiedyś nie bardzo się tym tematem przejmowałem. A potem w ciągu kilku lat w terenie, na moich wyprawach, mieliśmy po kolei: skręcenie kostki, dwa razy dengę, potężne zatrucia, otwarte rany w środku dżungli, stan bliski przedzawałowego, zakrztuszenie, odwodnienie, niezliczoną ilość wirusówek, zapalenie ucha, omdlenia, udar na pustyni i sporo innych przypadłości.

I teraz się już jednak trochę przejmuję, zwłaszcza jeśli jakoś odpowiadam za ten wyjazd bądź jestem jego liderem.

Nauczyłem się, że apteczka to jedyne sensowne złamanie zasady pakowania „przede wszystkim waga”. Moja apteczka waży z pół kilo, jeśli ją wypcham po brzegi, ale doświadczenie mnie nauczyło, że warto się poświęcić. Bo w razie potrzeby nie będziecie pomagać jakiemuś pijanemu żulowi, tylko swoim najbliższym i kumplom. Albo wręcz oni będą pomagać Wam, więc dobrze by było mieć zaopatrzenie, które Was samych wyciągnie z kłopotów, jak dojdzie co do czego.

Apteczkę pakuję różnie, w zależności od tego, dokąd i z kim jadę. Dokąd – im dalej, bardziej dziko, im gorsze drogi i słabsza na miejscu infrastruktura, tym więcej zabieram ze sobą wyposażenia. Bo w Etiopii czy Sudanie, w niektórych miejscach, do lekarza możesz mieć dwa dni drogi, a przez lekarza rozumiemy w tej sytuacji pana w fartuchu z aspiryną i butelką jodyny w szafce. Wolę więc liczyć na siebie.

A „z kim” – im większa ekipa, tym bardziej różnorodny zestaw zabieram, bo można go podzielić i rozłożyć na kilka plecaków. Im więcej osób, tym większa również szansa, że kogoś trafi pech i trzeba będzie faktycznie z tej apteczki skorzystać. No i oczywiście wiek i przygotowanie uczestników wyprawy ma niebagatelne znaczenie.

Tagi: apteczka, podróż, bezpieczeństwo, zdrowie.