Mam mieszane uczucia, co do Meksyku. Wydaje się całkiem dobrym miejscem do zamieszkania. Z turystycznego jednak punktu widzenia i zaznaczam, że tylko i wyłącznie z mojego turystycznego punktu widzenia, w porównaniu z Salwadorem czy Hondurasem, czy nawet Gwatemalą, Meksyk jest niebywale turystycznym krajem.

I nie jestem przekonana, czy mi to odpowiada. I tu nie chodzi o tłumy wczasowiczów, którzy opanowują wszystkie godne uwagi miejsca, bo nawet więcej niż tych zagranicznych, jest tu tych lokalnych. Chodzi o klimat, który przestaje być prawdziwy. Jadąc do jakiegoś kraju chcę oddychać tym samym powietrzem, którym oddychają miejscowi, jeść to samo jedzenie, przyglądać się jak spacerują ulicami, robią zakupy na targu, spędzają czas wolny, chcę przysłuchiwać się ich językowi i uczyć się od nich, a tym czasem widzę, wędrujących ulicami obcokrajowców, wchodzę do knajpek, wypchanych po brzegi gringos, patrzę jak bawią się obcokrajowcy w Parque Central, jak kupują pamiątki, których sklepy są pełne, a nawet jak próbują zarabiać na ulicy, sprzedając ręcznie robioną biżuterię i prześcigając się w tej sprzedaży z miejscowymi kobietami, dźwigającymi pod jedną pachą dziecko, a pod drugą setki ozdób, szalików i ręcznie robionych pasków.

W San Cristobal czuję się bardzo dobrze jak na gringolandię, ale ja chciałam prawdziwego Meksyku. No cóż, zdałam sobie jednak sprawę, że na prawdziwy Meksyk muszę trochę poczekać. Może z następną podróżą będzie lepiej. Teraz mając zaledwie dwa tygodnie, zaplanowałam typowo turystyczny szlak, więc mam, co chciałam i muszę to zaakceptować. Nie mogę jednak powiedzieć, że spędziłam tu niemiło czas. Wręcz przeciwnie, dzięki Muriel i miejscom, które odwiedziłam, pobyt w San Cristobal zaliczam do naprawdę udanych. Dwa tygodnie to niewiele czasu na poznanie innego kraju. Co ja mówię?! Jakie poznanie! To zaledwie obejrzenie kilku intersujących miejsc. Na poznanie kraju, potrzebne są lata, a przynajmniej miesiące.