Jesteśmy po premierze. I żyjemy. To najważniejsze. Jak wypadło? Nie mnie oceniać. Mam natomiast kilka refleksji sprowadzających się do tego, że świat naprawdę jest pełen absurdów. W tym absurdów teatralnych.

Pierwszy to taki, że w praktyce okazało się, iż scena, na której był spektakl nie nadaje się do grania bez nagłośnienia. Nie wiedzieliśmy o tym. Dlatego nie zgłosiliśmy zapotrzebowania na mikrofon z mikroportem, bo nam to do głowy nie przyszło. W czasach Antoleńka i Skręcipitki też budowano teatry. O nagłośnieniu nikt wtedy nie słyszał, aktorzy mówili ze sceny do ludzi i było ich słychać. Wszystko dlatego, że za sceną nikt nie budował żadnych pomieszczeń, a grubą ścianę, od której mógł odbijać się dźwięk. Na tej scenie za kotarą wybudowano pomieszczenie nie oddzielone od sceny żadną ścianą. Dźwięk nie ma się więc od czego odbić. To dla nas nowe, ale cenne doświadczenie. Najwyraźniej sceny budowane w czasach współczesnych nastawiane są na to, że korzysta się na nich ze zdobyczy techniki. Choć mnie wydaje się, że ich konstruktorzy i budowniczowie powinni raczej jednak pokorzystać trochę z doświadczeń swoich przodków, którzy budowali teatry nawet w starożytności, kiedy słowo prąd dotyczyło tylko nurtu w rzece.