Od początku istnienia państwa Izrael, Zagłada służyła celom politycznym syjonistów. Pamięć o Zagładzie miała charakter polityczny. Holocaust posłużył Żydom do zbudowania i scalenia państwa, a następnie umocnienia go i ekspansji na zewnątrz, na ziemie arabskie. Nie ulega wątpliwości, że dziś Holocaust jest rzeczą świętą dla narodu izraelskiego, którego przywódcy domagają się też od reszty świata, aby i dla niego Zagłada stała się… święta. Ale po kolei.

Kiedy powstawał Izrael, Ben Gurion i jego towarzysze wybrali nowy wzorzec dla żydowskiego państwa. Była to postawa bohatera. W jej obrębie mieściły się wszelkie bohaterskie czyny i mity z żydowskiej historii, wszystko to, co sławiło Żydów jako naród wybrany i wyjątkowy. Nowe państwo miało być państwem zwycięskim. Tak powstał mit założycielski państwa izraelskiego.

W tej koncepcji nie mieścili się ci wszyscy, którzy ocaleli z Zagłady. Dla Izraela ocaleńcy stali się… balastem i problemem. Okazało się, że ocaleli zamiast bohatersko zginąć. Nie potrafili walczyć i bronić się przed nazistami, ale jak „barany” szli na rzeź. Gdyby walczyli zapewne zginęliby i nie byliby wyrzutem sumienia dla nowego państwa – tak wyglądało rozumowanie ówczesnych żydowskich elit politycznych. Idąc dalej, rozumowano w następujący sposób: jeśli ludzie ci przeżyli, to coś musiało być z nimi nie tak (może współpracowali z nazistami?). Przyjęto ich w Izraelu, ale traktowano jako gorszą część społeczeństwa, ludziom tym zarzucano niemalże, że są winni tego, iż przeżyli i lepiej byłoby dla nich i dla Izraela, aby zginęli. Ocaleńcy nie odpowiadali bohaterskiej koncepcji nowego Izraela.