Wielu popularyzatorom nauki, w tym i mi, nie starcza cierpliwości na tłumaczenie kwestii, które każdy rozsądny człowiek żyjący w XXI wieku powinien pojmować. Jeśli nie w sposób głębszy, przemyślany, to przynajmniej intuicyjny. Niestety płonna to nadzieja, bowiem sceptycyzm wobec nauki i jej elementarnych zasad wciąż wzmaga na sile.

Piszę o sceptykach, mógłbym o negacjonistach; wzbraniam się natomiast przed użyciem słowa niedowiarek. Niesie ono za sobą nieszczęsną konotację, która styranizowała mnie na tyle, że popełniłem ten tekst. Jak wiadomo kreacjonizm nie jedno ma imię: poczynając od form znośnych, a kończąc na zakładających wyczarowanie naszego wszechświata w całej swojej okazałości, przed zaledwie sześcioma tysiącami lat. Bez względu jednak na to z jakim ortodoksem rozmawiamy, nierzadko możemy trafić na argument, przez który mózg gnije, dzieci płaczą, a Karl Popper przewraca się w grobie.

Nauka oparta jest na wierze. Podobno. Poza internautami i znanymi kreacjonistami, o rzekomym przyjmowaniu teorii naukowych na wiarę, mówił kilka lat temu m.in. rzecznik renomowanego brytyjskiego Emmanuel City Technology College. Oto genialne narzędzie do usadzenia każdego dyskutanta-bałwochwalcy, stawiającego naukę zbyt wysoko w hierarchii wartości. Zatem, nie istnieje żaden powód aby odrzucać lub nie doceniać siły wyższej, skoro nauka oferuje ni więcej, ni mniej od religii. „My wierzymy, ale wy również tylko wierzycie”. Naiwne przesłanie, będące tylko do pewnego stopnia wygodnym argumentem, a nadto próbą usprawiedliwienia samego siebie i racjonalizowania tego co z gruntu nieracjonalne.

Powinienem teraz urządzić tyradę na temat tego co nazywamy teorią naukową, hipotezą, twierdzeniem i tak dalej. I uczynię to, ale w osobnym wpisie; teraz tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Bez względu na to jak sklasyfikujemy pomysły spłodzone przez uczonych, będzie je łączyć jedno: dowody.

Tagi: nauka, wiara, hipokryzja, dyskusja.