Ubiegły piątek. Dorwali mnie kolekcjonerzy z lokalnej galerii, by na łamach prasy i naszego portalu zaapelować do narodu. Mają dylemat: ktoś przyniósł im znaczki z uczniowskich czapek z inicjałami GP (Gimnazjum Państwowe) z orłem w koronie i nie wiedzą, z jakiego to okresu i kto je nosił… Jest i następny dylemat: uczniowie naszego liceum w roku 1931 nosili mundurki ze stójką i belkami na pagonach – ale jak było wcześniej? Pasjonaci liczą, że gazeta pomoże. Zrobiłam materiał, napstrykałam zdjęć, obejrzałam 16 gablot z kolekcjami. Najbardziej ubawił mnie zbiór lasek. Były to laski pana K.

Wieczorem zarejestrowałam się na stronie genealodzy.pl. Namówiła mnie przyjaciółka, a ja nieszczęsna uległam. Na poszukiwania swoich przodków straciłam cztery godziny, spać poszłam po północy. Wciąga jak cholera. Zaprzestałam poszukiwań tylko dlatego, że parę wątków mi się urwało: 1. Tata nie znał panieńskiego nazwiska swojej prababci, 2. praprababcia z drugiej odnogi miała nazwisko Kowalska 3. następnego dnia miałam w Łodzi ślub brata, więc rozsądek podpowiadał, żeby się wyspać.

Sobota 1 lutego

Przed południem ślub i przyjęcie, potem Manufaktura. Obkupiliśmy się w Reserved: mąż sweter za 139 zł (po przecenie 39 zł), ja sweter za 80 zł (po przecenie 20 zł, choć na metce było 29,99 zł). I moje nastolatki zaszalały. Kupiliśmy też kość dla psa, który cierpliwie czekał w domu.

Po powrocie obejrzeliśmy film „Koneser” – dobry, choć szlag mnie trafiał, bo kolega zdradził mi onegdaj zakończenie.

Niedziela 2 lutego

W południe do pracy, wieczorem angielski u Geoffa, którego kocham za to, iż cały czas wierzy, że będę płynnie mówić po angielsku. Bez motywacji? Nigdy. Tym razem Anglik był niepocieszony, gdyż zapomniałam mu upiec apple pie, choć dał mi dwa kilo jabłek.

Poniedziałek 3 lutego

Po redakcyjnym kolegium poszłam węszyć do sądu. Najpierw wydział karny (znalazłam trzy fajne sprawy), potem wydział pracy (cztery fajne sprawy). Przed salą spotkałam znajomego lekarza, który na mój widok odwrócił wzrok, choć ukłoniłam mu się w pas. Kiedyś coś przeskrobał, a ja to opisałam. To nie pierwszy lekarz, który został bohaterem moich tekstów. I nie ostatni zapewne. Dlatego muszę być zdrowa aż do śmierci – tak mi radzą znajomi.

Tagi: tydzień, dziennikarz lokalny, artykuł, prasa, portal, temat.