Potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z najsilniejszych potrzeb człowieka. I nie mówię tu tylko o potrzebach dziecka, którego rozwój jest tragicznie wypaczony, gdy wychowuje się w sytuacji ciągłego zagrożenia. Dotyczy to również osób dorosłych.

To przecież dlatego mogą istnieć firmy ubezpieczeniowe, generujące olbrzymie dochody, nakłaniające ludzi do płacenia regularnych składek w zamian za obietnicę wsparcia finansowego w razie wypadku losowego. Mało tego, olbrzymi odsetek ludzkości tak bardzo pragnie poczucia stabilizacji, że za zasadne uważa żądania gwarancji zatrudnienia, czy też, co trąci absurdem, gwarancji znalezienia zatrudnienia w wybranym przez siebie zawodzie, po ukończeniu wybranej (również przez siebie) szkoły dowolnego szczebla. To wszystko wynika z głębokiej potrzeby bezpieczeństwa.

Wyobraźmy sobie teraz osobę, która przeżyła nowotwór, niech to będzie pan X. Często nie może wrócić do poprzednio wykonywanego zawodu, a w większości przypadków musi ubiegać się o powtórne przyjęcie do pracy. I co się dzieje? Kto może, broni się przed przyjęciem takiej osoby, gdyż istnieje realna obawa, że nastąpi nawrót raka. Z tego samego powodu, bliscy drżą o jego zdrowie. Widmo takiej choroby może pogrzebać niejeden związek uczuciowy (nie łudźmy się, przecież związki partnerskie zawierane są również ze względów ekonomicznych, jeżeli ktoś się boi nawrotu choroby, boi się także jej ekonomicznego impaktu). A to są zaledwie zachowania otoczenia osoby, która przeszła nowotwór. Teraz wyobraźmy sobie, co się musi dziać w głowie samego pacjenta. Przecież ten wspomniany pan X na każdy ból gardła, na każde kłucie w klatce piersiowej reaguje myślą, „czy to przez przypadek nie jest rak”! Nie katar, nie grypa, tylko nowotwór złośliwy, na który trzeba reagować operacyjnym usuwaniem zaatakowanych narządów, agresywną chemioterapią, czy radioterapią. Rak, który unieruchamia w domu, odsuwa od życia zawodowego, obniża sprawność. I tak jest już bez przerwy.