Mówimy o kosmosie, że jest niesłychanie wielki i stary, że zawiera niezliczoną ilość galaktyk i gwiazd, złożonych z ogromnej ilości atomów i cząstek. Przez stulecia na te wartości naklejano upraszczający wszystko plaster z napisem nieskończoność. Matematyczne narzędzie stało się dla nas tak wygodne, że często go nadużywamy, niemal zakłamując rzeczywistość.

Naukowcy sprzed epoki Hubble’a byli usprawiedliwieni – naprawdę wierzyli w naturalną wieczność i bezkres. Bzdura poganiała bzdurę. Znany nam świat istnieje określony czas – 13.82 miliardów lat – podczas którego, jego obserwowalna część ekspandowała do średnicy 92 miliardów lat świetlnych. Wewnątrz istnieje konkretna ilość masy i energii, widzialnej oraz ciemnej, trudna lecz jak najbardziej możliwa do zmierzenia. Jacyś uparci fizycy wyliczyli, że na każdy metr sześcienny wszechświata przypada średnio jeden atom wodoru i około 500 fotonów. Gdyby ich pomęczyć, podaliby pewnie dokładną liczbę cząstek elementarnych budujących Drogę Mleczną i neutrin przemierzających międzygalaktyczną pustkę.

Dalej możemy rozważać jak bardzo mylił się Kartezjusz i jemu podobni, wysuwający tezę nieskończonej podzielności materii. A wystarczyło usłuchać Leucypa i Demokryta, którzy już w antyku ukuli bliską nam ideę átomos – podstawowego budulca, niezdatnego do cięcia na nic mniejszego. Oczywiście atomiści nie mieli pojęcia o istnieniu kwarków, elektronów i całej reszty; ale co do zasady intuicja ich nie zawiodła. Możemy szatkować dany przedmiot na coraz mniejsze fragmenty bardzo długo, ale nie w nieskończoność. Molekuły rozerwiemy na pojedyncze atomy, te następnie rozbijemy uwalniając deszcz cząstek elementarnych. Drążąc dalej, będziemy rozkwaszać cząstki tak bardzo, aż zarejestrujemy drobiny o rozmiarach mniejszych niż trylionowa część metra.

Tagi: nieskończoność, Kartezjusz, atomy, cząstki, rzeczywistość.