Agnieszka Kręglicka w wywiadzie dla Wyborczej powiedziała: „Zależy mi na tym, żebyśmy ocalili kulturowe dziedzictwo wsi, krajobraz, wiedzę, umiejętności i etos pracy rolnika. Szynkę babuni może wyprodukować tylko babunia. Żadna fabryka nie da rady. Ludzie są zbyt cenni, żeby rugować ich ze wsi i zamieniać na siłę w konwojentów, pracowników magazynu i kasjerki”.

Moi już nieżyjący dziadkowie, rolnicy z dziada pradziada, sprzedali lata temu swoje farmy i pobudowali synom domy w mieście. Dziadek nigdy się z tym nie pogodził.

Babcia, elegantka i do życia w mieście idealnie się nadająca, ciągnęła dziadka na wywczasy nad morze czy zagraniczne wycieczki.

Dziadek na wczasach szedł kosić łany zbóż starszym od siebie, a gdy pojechali na Węgry to wybrzydzał, że po przekroczeniu granicy trawa była tak samo zielona jak w Polsce. Szybko i przedwcześnie zmarł, jakby życie straciło dla niego sens.

Babcia ostatnie lata spędziła w małej klitce w bloku – cała przeszczęśliwa, jak mówiła, bo wszystko było na wyciągnięcie ręki – ale wciąż miałam wrażenie, że byłaby szczęśliwsza podsypując ziarno kurom czy nalewając mleka mruczącym kociakom.

Zawdzięczam im wiele. 

Dzisiejsze dzieci nie wiedzą, co to znaczy mieć dziadków na wsi. Nie wiedzą, co to znaczy latać po łąkach z pajdą chleba ze śmietaną i cukrem, a wieczorem zaczajać się po gorące kartofelki parowane dla świń.

Nie mają pojęcia, jakie emocje towarzyszą dziecku, gdy dziadek wsadza umorusanego malucha na konia podczas orki czy na wóz drabiniasty, czasem na sam szczyt zwożonego z pola siana.

Nie wiedzą, co to znaczy pomagać wujkowi przy wybieraniu gnojówki, ubijać słomę pociętą przez wialnię, łazić boso po rżysku, a w deszczu chować się w stogu siana, by potem lecieć szybko do ukochanej babci stojącej w progu z nieodłączną łyżką na zupę szczawiową z pokrojonym jajkiem.