Ledwie rok szkolny ruszył, a już jestem ledwie żywa. Zaczęło się w niedzielę rano, kiedy nagle okazało się, że mój 17-latek nie wchodzi w żadne spodnie. W wakacje nosił krótkie, więc problemu nie było, ale w niedzielę trzeba było jechać do innego miasta na rocznicę śmierci teścia, a więc jakoś w kościele i na cmentarzu wyglądać. Mąż z córką siedzą już w samochodzie, a ten przymierza trzy pary po kolei i krzyczy (na mnie!), że żadne się nie dopinają. Ale na co liczył tyjąc 15 kilo w ciągu ostatnich kilku miesięcy noce spędzając z głową w lodówce? To moja krwawica się w tych spodniach nie mieściła!

Założył w końcu długą bluzę, żeby zakryć niedopinający się rozporek i jakoś rodzinną imprezę przebidował. Wracając trzeba było jednak zahaczyć o galerię i kupić spodnie. Pewnie wszyscy przytyli, bo kolejki do przymierzalni były bardzo długie, jak to w niedzielę.

1 września zaczął się normalnie, tylko, o zgrozo, musiałam wstać godzinę wcześniej niż zwykle. Musiałam też przypomnieć sobie po wakacjach, jak wygląda poranna awantura o łazienkę i ile razy roztargnione nastolatki są w stanie wracać po zapomnianą rzecz. W końcu jedno na rozpoczęcie roku poszło, drugie miało na 12.

Zaraz po przyjeździe do pracy odebrałam sms od nastolatki, że jednak jest za zimno na sukienkę z krótkim rękawkiem i czy nie mogłabym temu jakoś zaradzić. Zamiast więc wypić poranną kawę, musiałam wskoczyć do auta, jechać do Tesco i kupić pierwszy lepszy żakiet za całe 90 złotych. A właśnie odłożyłam je sobie, żeby kupić… Nieważne.

Do wieczora, a raczej nocy, bo syn to nocny marek, był spokój. Potem nastolatek zaczął się pakować na wycieczkę (tak, tak, początek roku szkolnego i tygodniowa wycieczka – a kto bogatemu zabroni?). Było dobrze do skarpetek. Rozłożył je wszystkie na podłodze i mnie woła. Idę, choć szlag mnie trafia, bo wybieram właśnie w necie płytki do nowego domu, gdyż czasu na przeprowadzkę coraz mniej. Za mną jak cień kroczy pies.

- Mamo, ja tego nie rozumiem, ale żadna skarpetka nie ma pary! – zaczyna.
- No i co? – pytam, patrząc na psa, który spokojnie rozłożył się na tych wszystkich skarpetach myśląc chyba, że to nowa forma zabawy.
- Uciekaj! (to do psa) No mamo, nie rozumiesz!? Żadna skarpetka nie pasuje do drugiej! Jak ja będę chodził?
- Co ja ci poradzę? – udaję głupią, bo od lat skarpetki nikną w przedziwny sposób w otchłaniach pralki i jest to problem, nad którym ludzkość winna się pochylić, bo problem nie dotyczy tylko mnie, mojej rodziny i mojej pralki. Czytałam w necie, że skarpetki w pralkach giną pod każdą szerokością geograficzną i jest to co najmniej zastanawiające.

Tagi: nastolatki, dzieci, rok szkolny, organizacja, dom, obowiązki, rodzice, wycieczka.