Inspiracją dla tego wpisu jest wystąpienie brytyjskiego posła, Godfreya Blooma w parlamencie Europejskim. Film z tego wystąpienia był swego czasu hitem internetu.

Jak słusznie zauważył pan Bloom dług bierze się z tego, że wydajemy więcej niż zarabiamy. W zasadzie na tym stwierdzeniu mógłbym zakończyć rozważania. Jest to oczywiste i chyba nikt nie zamierza z tym dyskutować. Jeżeli wydam więcej niż zarobiłem, nadwyżkę ponad skonsumowane dochody muszę uzupełnić zaciągając zobowiązania. Oczywiście zobowiązania te będzie trzeba kiedyś spłacić. Ich podjęcie nie jest więc niczym innym jak sprzedaniem swojego przyszłego dochodu. Zadłużając się dziś, konsumuję zapłatę za dzień jutrzejszy. Jutro będę musiał pracować dwa razy ciężej, by zarobić na swoje utrzymanie i spłatę długu. Tym samym staję się w pewnym sensie niewolnikiem swojego wierzyciela (najczęściej banku). Muszę pracować, by oddać zarobione pieniądze. Zapłatę za moją pracę otrzymuje jednak wierzyciel, a nie ja. Ja pracuję za darmo. Jestem niewolnikiem… Niezbyt przyjemna perspektywa.

Wiemy jakie są konsekwencje długu i skąd się on bierze. Uniknięcie go nie powinno być więc problemem. Wystarczy wydawać mniej niż się zarabia. Teoretycznie nic prostszego. Praktycznie nie jest już tak prosto. Prawie każdy z nas ma jakieś zobowiązania. Dlaczego mając świadomość destrukcyjnego wpływu długu na nasze finanse, mimo wszystko przyjmujemy na siebie zobowiązania?