Wschód słońca w literaturze i sztukach plastycznych bywa używany jako alegoria nadziei na szczęśliwą odmianę losu… i właściwie się temu nie dziwię: Jest piękny, a przy okazji daje nam światło, a promienie słoneczne rozgrzewają nas. Nie bez przyczyny, pieśni powstańcze z różnych stron Świata, zagrzewały do walki słowami o JUTRZENCE WOLNOŚCI, czy też ŚWICIE NADZIEI. Ich autorzy mobilizowali nimi tłumy do czynu, bo nadzieja nadzieją, ale los trzeba sobie wykuć.

Jest w centrum Dublina takie miejsce, zwane „Temple Bar” – zamknięte na małym obszarze modne puby, gdzie przez większą część doby tętni życie towarzyskie (przymiotnik „towarzyskie”, niekoniecznie w tym wypadku oznacza coś pozytywnego, to zależy od „towarzystwa”). Cała irlandzka prowincja z zapartym tchem słucha opowieści o magii tego miejsca, każdy młody Irlandczyk chciałby się przekonać na własnej skórze, jak to jest spędzić tam szaloną noc, często długo zbierają pieniądze, by tego zaznać, ten jeden raz.

Niedzielne poranki, to jedyna pora, gdy w świetle dnia można pospacerować po centralnym Dublinie i nie być narażonym na przeciskanie się w tłumie ludzi. Dlatego też chętnie odwiedzam stolicę Irlandii właśnie wtedy. Zazwyczaj przechodzę również przez „Temple Bar” i spotykam zaspanych, podnoszących z krawężników swe ciężkie tyłki tych, którzy poimprezowali bardziej, niż tego chcieli. Dla nich jutrzenka nie jest łaskawa: chłód poranka, kac, ból głowy, rozdygotane ciała, puste kieszenie…, a tu trzeba wrócić do domu. Nie ma nadziei, jest poczucie porażki i chęć zapomnienia o tym, co się stało.