Zbierajmy plastikowe nakrętki. Butelka do kosza, nakrętka do pojemniczka. Dla nas to nic, dla kogoś ważna sprawa.

Zbieram nakrętki od roku i wożę je pani psycholog do poradni pedagogicznej w moim mieście. Ona się w to zaangażowała do tego stopnia, że odwozi je do kogoś tam 20 kilometrów dalej, a ten ktoś zawozi już do fundacji do Warszawy. Droga długa, ale nakrętki trafiają, gdzie trzeba.

Moje nakrętki rosły w pojemniku od trzech miesięcy, jakoś nie mogłam się zebrać, by zapakować je do auta i odwieźć owej pani psycholog. W końcu, w miniony czwartek, udało mi się i nakrętki wylądowały na tylnym siedzeniu samochodu.

Siedzę w pracy, w redakcji. Nagle wchodzi jakaś starowinka i zaczyna swoją opowieść. Ma syna, 46-letniego, niepełnosprawnego. Zwieracze nie pracują, kręgosłup rozszczepiony, parę innych nieszczęść przy okazji, człowiek po 24 operacjach. Teraz grozi mu kolejna, amputacja nogi. Kobieta zbiera na protezę, bo nie stać jej na zakup.

- Chodzę tak od urzędu do urzędu, od szkoły do szkoły, po różnych instytucjach i proszę, by mi te nakrętki zbierali – mówi kobiecinka, a w ręku, widzę, dwie reklamówki, coś tam już na dnie szeleści. – Może i pani by powiedziała wśród znajomych, każdy kilogram jest dla mnie na wagę złota.

TAGI: nakrętka, wsparcie, pomoc, plastikowe nakrętki.