Iwona ma zespół Downa i ponad 50 lat. Miała nie dożyć 18. urodzin – tak mówili lekarze – bo schorzenie było ciężkie. Lubiłam jej mamę, spokojną i miłą sąsiadkę z ulicy, która z oddaniem opiekowała się swoją jedynaczką. Razem wychodziły na spacery, po zakupy, do lekarza. Razem pieliły grządki w przydomowym ogródku, chodziły po sąsiadkach, do kościoła. Nawet na jakiś turnus pojechały. Ale mamie się zmarło, i to niespodziewanie. Iwona miała wtedy koło czterdziestki i zaawansowaną cukrzycę. Na szczęście został tato, starszy i zamknięty w sobie człowiek. Iwona już rzadziej wychodziła na spacery, ale jeszcze ją widywałam.

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego jednym powodzi się w życiu bez miary, a inni ciągle mają pod górkę. Ale stało się jak się stało: tato Iwony zmarł dwa lata po mamie. Nagle.

Po śmierci rodziców Iwoną zaopiekowała się ciocia, starsza już kobieta. 50-latka z Downem siedzi całe dnie zamknięta w pokoju i „ogląda” telewizję. Ciocia robi jej zastrzyki z insuliny, podaje leki. I to wszystko, bo ciocia ma przecież swoje życie, swoje dzieci i swoje problemy.

O napisanie reportażu o rodzinie L. poprosiła mnie fundacja.Wyciskacz łez miał sprawić, że ludzie chętnie dadzą pieniądze na sprzęt dla tych dwóch niepełnosprawnych chłopców. Pojechałam do wsi, długo nie mogłam znaleźć domu. Nie dość, że odludzie, to jeszcze wijąca się kręta ścieżka pod górę, zero normalnej drogi.

– Panowie z pogotowia ciągle pomstują jak muszą przyjechać – mówi mi matka dwóch nastolatków chorych na mukowiscydozę. Zbolała, nieobecna. Jeden z synów miał dodatkowo porażenie mózgowe, drugi też leżał w łóżku na stałe, ale nie pamiętam już dlaczego. Może tak było wygodniej – dla wszystkich. – A wzywam pogotowie często, z chłopcami ciągle się coś dzieje. Mąż pracuje na kolei. Wychodzi rano, wraca nocą. Siedzimy tu całe dnie razem, nie mamy samochodu.

Nigdy nie zapomnę wzroku tych chłopców.

Tagi: niepełnosprawność, aborcja.