Chciałam poprowadzić przyłącze wodno-kanalizacyjne do swojej działki. Poszłam do urzędu, gdzie kobitki zza tych wysokich biurkowych katedr odsyłały mnie z pokoju do pokoju. – Trzeba przynieść oryginał czegoś tam, dokleić ksero mapki jakiejś tam, donieść załączniki, ale i tak jest sezon urlopowy, więc pan kierownik nic nie podpisze – słyszałam w kolejnych pokojach. – A, i trzeba jeszcze mieć plan przyłącza, ale pani Krysia też jest na urlopie, więc nic pani nie załatwi. Trzeba poczekać. Nawet miesiąc.

- Miesiąc!? Nic się nie da zrobić? – zapytałam przymilnie.

–Nic – usłyszałam.

Po godzinie wyszłam nic nie załatwiwszy.

– Bo ty głupia jesteś – powiedział mi kolega i dał numer komórki do pana Jurka, który ma firmę wykonującą te przyłącza.

Za parę dni w urzędzie stawiłam się z panem Jurkiem. – Ojej, panie Jurku, panie Jurku, panie Jurku – szczebiotały kobitki i nawet nieobecność „pana kierownika” i „pani Krysi” nie była żadną przeszkodą. W ciągu 20 minut załatwiłam wszystko.

Tyle, że jedną opłatę musiałam zostawić w kasie gminy, drugą dać panu Jurkowi. Przyłącze zostało wykonane w ciągu trzech dni, łącznie z wydaniem pozwolenia na zajęcie pasa drogowego, choć na nie czeka się zwykle tygodnie. – Bo musi się u-pra-wo-moc-nić – podkreślały urzędniczki.

Nie chcę znowu pisać, że urzędnicy to jakaś uprzywilejowana kasta, bo to zwykły populizm. I że jak się jest przy żłobie – bo to też POPULIZM. Ale inaczej się nie da!