Miałam jakieś dziewięć lat, gdy w pobliskim spożywczaku zwróciłam sprzedawczyni uwagę, że słowo „herbata” pisze się przez samo „h”, a przymiotnik „chińska” przez „ch”, a nie odwrotnie. W odpowiedzi usłyszałam „spierdalaj” i dostałam klapsa.

Cóż… w PRL dorosły mógł bezkarnie dać dziecku klapsa, by uczyć je w ten sposób szacunku, choć przyznaję, że poprzedzenie owego klapsa słowem powszechnie uznanym za obelżywe na zawsze pozbawiało w moich oczach ową sprzedawczynię szacunku. W pobliskim sklepie papierniczym również ośmieliłam się zwrócić uwagę, że pisze się „zeszyt w kratkę”, a nie „w kratkie”. Tam na szczęście nie usłyszałam „spierdalaj”, a jedynie „nie wtrącaj się gówniaro”. Jednak te dwa zachowania dorosłych przecież osób skutecznie oduczyły mnie zwracać uwagę sprzedawcom, gdy coś piszą nie tak jak trzeba. W swojej „karierze klienta” widziałam już jednak różne dziwne napisy. Niektóre na własne oczy, a inne w Internecie, bo to jednak okno na świat. Był więc już:

„GROCH UPANY” – długo zajęło mi dochodzenie, co to oznacza w praktyce. Tym, którzy nie wiedzą polecam kilkakrotnie przeczytać owo wyrażenie na głos. Po którymś razie dojdą do jedynego słusznego wniosku, że jest to groch bez „upin”.

„BÓG” – przyznam, że dziwię się, że jeszcze żaden z kościołów nie zaprotestował przeciwko handlowaniu istotą najwyższą, zwłaszcza, że zdaniem sprzedawców cena Boga wynosi 13,99 kilogram. Trochę tanio, prawda?

piekarska.blog.pl