Sobota rano. Wchodzę do osiedlowego sklepiku, gdzie jest wszystko. Zaspana sąsiadka z włosami w nieładzie kupuje pięć plasterków szynki, kilka bułek, kilo bananów i dwie saszetki whiskasa dla kota. I sok jednodniowy. Płaci kartą.

Sąsiad za mną, już w kompletnym stroju cyklisty, przez komórkę umawia się na rajd rowerowy. Ja kupuję kilka gazet, od lewa do prawa. Na śniadanie jem moją ulubioną pastę z awokado (w 89 nie miałam pojęcia, co to jest) z suszonymi pomidorami (to samo) i sokiem z limonki. Czytam popijając zieloną herbatę z imbirem.

Potem przesyłam sms do męża, który wraz z synem poleciał na dwutygodniową wyprawę ornitologiczną do Walii. Ot, tak sobie, zamówiwszy wcześniej bilety na tanie linie lotnicze przez internet i tą samą drogą za nie zapłaciwszy. Po chwili wiem, że bawią się znakomicie, więc spokojna jadę na zakupy.

Szybko objeżdżam kilka pomniejszych sklepików z dobrą żywnością, bo wolę je od marketów. Ale są tacy, co je preferują – na parkingu pod galerią nie ma gdzie palca wcisnąć. Sąsiadka z dołu, bardziej eko ode mnie, po zakupy jeździ rowerem z koszykiem. Wystaje z niego pełno warzyw. Ja na obiad zrobię zupę curry z grzankami serowymi, a na drugie krewetki w sosie pomidorowym z ryżem. Potem dorobię jeszcze sałatki z kus-kus, rucoli i oliwek oraz z melona.

Po obiedzie córka siada na fejsie, a ja, wrzuciwszy gary do zmywarki, idę z koleżanką na nordic walking. W tygodniu chodzę na fitness, ale w sobotę wolę rundkę z kijkami wokół zalewu.

W międzyczasie dzwoni przyjaciółka ze stolicy, która opowiada o najnowszym barze sushi i weekendzie spędzonym w Barcelonie. Zamartwia się, bo z europejskich stolic pozostał jej do zwiedzenia jedynie Bukareszt i Kiszyniów. I dokąd tu jeździć, jak się już zwiedziło pół świata, a kasy coraz więcej, bo oboje z mężem wciąż awansują w tych swoich zachodnich korporacjach?

Umawiamy się na kawę w Złotych Tarasach, choć obie tej galerii nie lubimy, bo… nic w niej nie ma (???!!!!). Wolimy Mokotów, więc pewnie przejedziemy jej wypasionym autem do tamtejszej galerii. I pomyśleć, że 25 lat temu szczytem luksusu było dla nas zjedzenie lodów w Horteksie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej…

Tagi: 25 lat wolności, Polska, sklepy, problemy, kredyt, praca.