Koniec roku szkolnego. Ewa, co to była jednym z większych nieuków w mojej klasie, dumnie prowadzi swoją córkę, najlepszą uczennicę w szkole, po odbiór nagrody dyrektora i stypendium za bardzo dobre wyniki w nauce. Potem ze swoim synem idzie Maciek, inny kolega ze szkolnej ławy, który też orłem nie był. Stoję z boku i patrzę w sufit.

W szkole byłam prymusem, a mój 15-letni syn bęcwał jest i tyle. Nie odróżnia Słowackiego od Mickiewicza, DNA od RNA, kongresu wiedeńskiego od jałtańskiego. Glacjał to dla niego „zwiększanie się lodu”, a interglacjał to jakaś międzynarodowa gra. Nie słyszał nic o dziurze ozonowej, Wyżyna Lubelska leży gdzieś koło Poznania, a kanał panamski wybudował Pan Am. Dalej nie będę się nad nim pastwić.

Na gitarze uczył się grać trzy lata. Woziłam go sumiennie raz w tygodniu do ogniska muzycznego, by po jakimś czasie zorientować się, że cały czas brzdąka tę samą melodię, a za gitarę łapie kwadrans przed lekcją. Instrument powędrował na szafę, a edukacja mojego syna zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła.

Lubi czytać. O! Od czterech lat zgłębia na okrągło wszystkie tomy „Harrego Pottera” oraz „Feliksa, Neta i Nikę”. Raz się przełamał, gdy podrzuciłam mu Stephena Kinga, ale po przebrnięciu „Pod kopułą”, znów wrócił do Pottera. Lektury szkolne czyta, owszem, ale po ich „przerobieniu” zapomina, co czytał. – Po co mi „Balladyna” albo te całe „Dziady” – krzywi się. – Jakieś maliny w lesie, tu jakieś rozdzieranie szat i mesjanizm narodu, to wszystko bzdura na bzdurze bzdurą pogania.

Mój mąż, jego ojciec, inżynier, w ósmej klasie podstawówki była laureatem olimpiady fizycznej w swoim województwie. Ja jestem z wykształcenia rusycystą po 5-letnim pobycie w Sankt Petersburgu. Nasz syn ma jedynkę z fizyki (nic nie kuma), a z rosyjskiego dwójkę (nic kumać nie chce).